niedziela, 21 czerwca 2020

Od Ismanise "Zapomnieli o mnie" cz. 3

Lipiec 2026 r.
– Może reszta ma coś do dodania? Pytania, cokolwiek? – Gerrant zwrócił się do reszty szczeniaków.
– Co z materią? – zapytała Isa. Mimo wszystko chciała mieć dobrą ocenę na koniec, więc musiała choć udawać zainteresowanie.
– Dobre pytanie. Pewnie pytasz, bo twoja mama taki ma... – Zrobił pauzę na zebranie ponownie kartek na kupkę – Co do materii też jest wiele możliwości. Jeśli mówimy o zdolnościach magicznych pani Navri, sądzę że byłyby one defensywne. Jest w stanie niwelować obrażenia, teleportować się, a także zmieniać pewne obiekty. Znam jednak sytuacje, kiedy materia bywała bardziej kurująca niż defensywna. Być może Navri nie zna jeszcze pełni możliwości lub zwyczajnie nie czuła potrzeby testowania swoich zdolności bardziej, ale nie wątpię, że prawdopodobnie mogłaby też leczyć...
Isa zmarszczyła brwi.
– Czyli to by pozbawiło nas potrzeby posiadania lekarzy...?
– Kto wie – Gerrant wzruszył ramionami.
Kilka szczeniaków wyglądało na oburzonych. Isa dość obcesowo uśmiechnęła się do siebie.
– Nie chcielibyście tego? – Gerrant zwrócił się do szczeniąt.
– Ja... chciałabym być lekarką – powiedziała cichutko Nikaella. Isa aż zacmokała. Na jej szczęście Gerrant tego nie usłyszał.
– Rozumiem. Z powołaniem się nie walczy – Gerrant poklepał ją po głowie. W Isie aż coś się skręciło. Też chciałaby być tak wspierana. Z tym, że... nadal nie wiedziała co chciałaby robić. Nie czuła się powołana do niczego.
– Jak poznać swoje przeznaczenie? – zapytała Isa. Gerrant się zastanowił.
– Sądzę, że każdy ma coś, co kocha robić. Wystarczy, że pójdziesz w tym kierunku.
Isa zmrużyła oczy. Nie była usatysfakcjonowana.
– Co jeśli ja nic takiego nie mam?
– Musisz w takim razie szukać. Możemy spróbować ci w tym pomóc.
– My?
– Nauczyciele.
Isa parsknęła cichym śmiechem. Jasny basiorek i Nikaella aż opuścili uszy.
– Wątpię.
– Jeśli się zastanowisz nad tym i jednak będziesz potrzebować, pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć. Damy z siebie wszystko, abyś poznała swoją pasję.
Isa wywróciła oczami.
– Po prostu niech pan już wraca do lekcji.
Gerrant odchrząknął. Nadal zerkał na Isę, ale (ku jej zadowoleniu) darował sobie rzucanie jakimikolwiek komentarzami pod jej adresem.
 – Kto z was już poznał swój żywioł?
Isa w tamtym momencie pożałowała, że nie było tam Infinite. Mógłby rozpocząć swój wykład na temat jego zdolności... Ku jej własnemu zdumieniu, uświadomiła sobie, że trochę za nim tęskni. Nie mogła namówić ani jego, ani jego rodziców na podróż do Białego Królestwa. Czasem miała wrażenie, że Infinite był na nią zbyt grzeczny...
– A ty, Ismanise?
Isa otrząsnęła się jak z transu. Popatrzyła to na Gerranta, to na losowego szczeniaka. Jej wzrok błagał o pomoc.
– Pytałem, czy poznałaś swoją moc.
– Ja? – Zaśmiała się nerwowo – Nie. Czemu miałabym?
Gerrant wyglądał na zasmuconego.
– No dobrze. Szkoda. W takim razie życzę, żebyś szybko ją poznała.
Isa zmarszczyła brwi. Czemu miałoby to być coś złego?
Wtedy zauważyła, że basiorek o jasnym futerku bardzo intensywnie się w nią wpatrywał.

<C.D.N.>

Zdobyto: 15 czerwonych⎹ 13 pomarańczowych⎹ 22 zielonych⎹ 7 niebieskich⎹ 29 granatowych⎹ 2 fioletowych⎹ 9 różowych odłamków

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 7


Luty 2024
Zacisnęłam powieki. Nie usłyszałam kolejnych kroków. Odmieniec nie wszedł do izby; mój niemy nakaz został spełniony. Czemu wcześniej było to dla niego takie trudne?! Znów usłyszałam nerwowe pulsowanie własnej krwi.
Spróbowałam uciec myślami od tego, co miało miejsce w pokoju obok, ale nie umiałam. Mój umysł uporczywie przypominał mi o winie Strażnika Wichury; przypominał, iż ten konkretny odmieniec odebrał mojej opiekunce szczenię! Jedyne szczenię!
Byłam podwójnie wściekła przez to, że nikt nie dzielił moich poglądów w zaistniałej sytuacji. Babcia wyraziła się jasno; nie mamy prawa go karać. Więc Zasady Strażników usprawiedliwiają wszystko? To ma nam wystarczyć?!
Słowo "Strażnik" dotychczas kojarzyło mi się pozytywnie; z wiernym towarzyszem podróży. Teraz jednak oznaczało ono kogoś niebezpiecznego i okrutnego. Westchnęłam ciężko. Ta myśl naprawdę mnie bolała. To jakby mój towarzysz... przestał być moim towarzyszem. Stał się... kim on się dla mnie stał? Jak to w ogóle możliwe, że zabiorę stąd kogoś innego, niż tu sprowadziłam?
Wkrótce wróciła Haslaye, żeby zagotować nad ogniem kolejną porcję wody. Widać potrzebowała jej więcej do tego, czym się teraz zajmowała. Wilczyca poprosiła mnie, żebym zrobiła jej trochę miejsca przy kominku, ale nic poza tym. Nie próbowała nawiązać dłuższej rozmowy; obie wiedziałyśmy, że nie mamy wspólnych tematów. Nie mogłabym też dyskutować z nią o tym, co zaszło. Z jej zachowania wywnioskowałam, że nie chciała mieszać się w nasze sprawy.
Wilczyca wróciła do swoich zajęć w innym pomieszczeniu. Natomiast ja spróbowałam skupić całą uwagę na tańczącym w kominku ogniu. Liczyłam, że to pozwoli mi chociaż odrobinę się uspokoić. Ta strategia podziałała. Z upływem czasu moje serce zwolniło, oddech również. Zdołałam też rozgonić wicher, który wcześniej nieświadomie sprowadziłam. Żal i wściekłość nie odchodziły, ale przynajmniej przestały mną targać.
Dokończyłam rumianek. Wtedy ponownie usłyszałam kroki odmieńca. Jeszcze raz nakazałam mu w myślach pozostanie z dala ode mnie. Teraz już nie posłuchał. Głośniejsze skrzypnięcie desek pod łapami Strażnika świadczyło, że stanął już w izbie. Zacisnęłam zęby; nie odwracałam się od kominka. Tymczasem odmieniec przycupnął tuż obok mnie.
– Pierzasta?
Nie odpowiadałam; jedynie czekałam, aż odejdzie. To nie nastąpiło. Wkrótce Strażnik Wichury znów się odezwał:
– Coś nie tak?
– Pytałeś mnie już o to dziś. – warknęłam.
– Wcześniej. Widzę, że stan rzeczy się zmienił od tamtej pory.
– Zostaw mnie w spokoju.
Odmieniec westchnął.
– Pierzasta... Każdego, kto wszedł do tamtej komnaty, traktowałem tak samo. Nawet ciebie.
– Nie próbuj się usprawiedliwiać – warknęłam.
– Nie próbuję. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – wymamrotał. – Ja tylko... nie chcę, żebyś myślała o mnie inaczej.
– Czemu niby cię obchodzi, co ja myślę? Nie będę tobą o tym rozmawiać. – Odsunęłam się od niego.
Odmieniec na chwilę zamilkł. Uderzył parę razy nerwowo pazurami w podłogę.
– Właśnie nie chcę, żebyś przestała ze mną rozmawiać. Mam ciebie tylko jedną, Pierzasta.
Podniosłam uszy, następnie odwróciłam pyszczek w jego stronę. Odgarnęłam grzywkę, żeby lepiej widzieć mojego towarzysza. Wszystko wskazywało na to, że mówił szczerze.
Westchnęłam ciężko. Wiedziałam, że nie będzie mi łatwo otrząsnąć się po tym wszystkim. Nie wiem, czy zdołam tak po prostu zapomnieć to, o czym dziś rozmawialiśmy. Ale przecież... to nadal Ting. Nie mógł stać się kimś innym przez tę jedną wymianę zdań...
Ogień już przygasał, więc dorzuciłam do niego leżący nieopodal kawałek drewna. Z paleniska buchnęła fala gorąca. Przysłoniłam pysk i odsunęłam się nieco od kominka. Zauważyłam, że pozostawiona tu przez Haslaye woda zaczęła bulgotać. Wtedy wspomniana wilczyca wróciła do izby. Zdjęła z ognia naczynie z wrzątkiem, i postawiła na podłodze. Strażnik Wichury uważnie śledził każdy jej ruch. Wadera nie potrafiła tego zignorować, więc zwróciła się do odmieńca:
– Ty też chcesz coś do picia?
– A co jest w tym garnku? – spytał mój towarzysz, przyglądając się parującej cieczy.
– Tylko gorąca woda.
Wtedy, ku zaskoczeniu Haslaye, odmieniec nachylił się nad naczyniem i wypił połowę (podkreślam; wrzącej) zawartości. Kiedy skończył, wyprostował się i oznajmił:
– Całkiem dobra.
Nigdy w życiu nie widziałam Haslaye z taką miną. Mimo wszystko, ta sytuacja sprawiła, że się uśmiechnęłam.
Jednak Ting pozostał moim Tingiem.
Wtedy w mojej głowie powstało inne pytanie: kiedy się nim stał? Kiedy został kimś więcej, niż tylko Strażnikiem Wichury? A raczej... jak i dlaczego? Dlaczego pozostała dwójka nadal nie wychodzi ze swoich ról?
Wtem spostrzegłam, że Ting nie miał ze sobą plecaka. Zostawił wszystkie manatki w drugim pokoju; wliczając w to Wichurę Płomieni.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 21 czerwonych⎹ 1 pomarańczowych⎹ 14 zielonych⎹ 26 niebieskich⎹ 13 granatowych⎹ 23 fioletowych⎹ 2 różowych odłamków

sobota, 20 czerwca 2020

Od Ismanise "Zapomnieli o mnie" cz. 2

Lipiec 2026 r.
Kilka szczeniaków na tę wiadomość radośnie pomerdała ogonem. Isa zaś oparła głowę o łapy. Nie chciało się jej siedzieć na tej lekcji. Liczyła na coś bardziej interesującego, niż to. Czuła się, jakby wybrał taki temat z uwagi na młodsze szczeniaki. Ona zaś, pomimo, że nigdy się tego nie uczyła, prawdopodobnie mogłaby podzielić żywioły na jakieś podgrupy. Z nazwami byłoby jej trudniej, ale mogłaby zawsze wymyślić własne.
– Możemy podzielić żywioły na podstawowe i nietypowe. Podstawowymi i za razem najpopularniejszymi są żywioły wody, ognia, ziemi i powietrza. Nietypowe to wszystkie inne. Ten podział jednak nie jest do końca precyzyjny. Wymyślił go mag nazywany Tihamem. Żył bardzo dawno temu, pewnie jeszcze przed powstaniem Białego Królestwa, więc nie sądzę, aby ów podział miał wiele sensu. Od tamtej pory sporo się zmieniło w kwestii żywiołów. Wtedy jeszcze dbano o czystość krwi, a obecne tak zwane "krzyżówki" pozwoliły nam na posiadanie większej ilości żywiołów, a także powstanie nowych – Gerrant przysunął bliżej szczeniaków dwie z trzymanych przez niego kartek – Wobec tego obecny główny podział to żywioły bojowe, defensywne oraz kurujące.
Nad stołem zapanowało milczenie. Wszyscy patrzyli na świstki papieru. W dusznym powietrzu w karczmie nadal unosiły się aromaty jedzenia i piwa. Jedyne co słyszeli, to pijackie rozmowy i śmiechy goszczących tam wilków. Ktoś coś rozlał, ktoś coś krzyknął. Isa zastrzygła uchem. Wszystko wydawało się ciekawsze, niż lekcja Gerranta. Mimo, że całkiem go ostatnio polubiła.
– Co widzicie na obrazkach?
– Kolory reprezentujące wymienione przez pana żywioły! Coś pod spodem jest napisane, ale nie umiem czytać... – powiedział Chase.
– Wiem – Gerrant uśmiechnął się – Dlatego wam je pokazuję. Żebyście nie mieli podpowiedzi.
Jakiś szczeniak położył głowę na stole. Zmrużył ciemne oczy i zaczął się wpatrywać w kartkę.
– To przykłady żywiołów pasujących do danej grupy – powiedział.
Gerrant wzdrygnął się.
– Możesz nie przeszkadzać nam w lekcji?
– Dobrze, już dobrze – zaśmiał się basior. Miał ciemne futro. Isa była niemal pewna, że już go gdzieś widziała.
– Zapamiętam to sobie i pożałujecie – powiedział pogodnie. Oddalił się od stolika. Isa odprowadziła go wzrokiem, unosząc wysoko brwi. Czyli nie należał do ich watahy?
– Udajmy, że tego nie słyszeliście – Gerrant westchnął – Co byście wymienili do danej grupy?
– Bojowe to na pewnoo... – wtrącił jasny basiorek, którego wysłano wcześniej po Isę. – Ogień. Lód.
– Zgadza się – Gerrant potaknął – Do tego szkło, światło... Wszystko, co może zranić. Aczkolwiek co do ostatniego jest sporo wątpliwości, więc nie bierzcie mnie na słowo. Wszystko zależy od interpretacji. Co powiecie o defensywnych?
– A co to znaczy? – wtrącił jakiś szczeniak o ponurym spojrzeniu.
– Obronne.
– No to chyba powietrze – zaczął jasny basiorek z pytaniem w oczach. Gerrant skinął głową. Wtedy kontynuował z zapałem: – Może też być ziemia i iluzja.
– Zgadza się. Co powiecie o kurujących?
– Woda i umysł!
– Doskonale – Gerrant pochwalił basiorka. Reszta uczniów słuchała albo w skupieniu, albo z rozchylonymi ustami, albo zupełnie nie słuchała, zbyt przejęta obserwowaniem ścian i plączących się po karczmie gości.

<C.D.N.>

Zdobyto: 16 czerwonych⎹ 11 pomarańczowych⎹ 11 zielonych⎹ 27 niebieskich⎹ 0 granatowych⎹ 5 fioletowych⎹ 0 różowych odłamków

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 6


Listopad 2025 r.
Następnego dnia pierwszą lekcją było wyjątkowo nudne polowanie. Zrobiliśmy obchód po niemal całej długości plaży, by po kolei omówić punkty w których najczęściej pojawia się określona zwierzyna. Niby wszystko w ramach powtórzenia, ale no błagam, polowanie mieliśmy co drugi dzień! Jeśli ktoś tego wszystkiego nie pamiętał, to chyba nie było go na połowie lekcji!
Kolejnymi zajęciami miały być sztuki kreatywne. Z tym większym zadowoleniem przywitałam zakończenie pierwszej lekcji (nawet pokazałam Yuki język, ale tak, żeby nie widziała). Zanim jednak udałam się na miejsce zbiórki, odnalazłam swoją opiekunkę, by potowarzyszyć jej przy posiłku. Gdy polowanie wypadało jako pierwsze zazwyczaj zostawałam z innymi szczeniakami, bo i tak posiliłam się tym co udało mi się złapać, ale tym razem nie było tego tak dużo jak zwykle, ba - w zasadzie nic. Jedynego kraba zagarnął Morgan, nikt jednak nie miał mu tego za złe, bo sam go schwytał.
Znalazłam Leah na skraju dżungli, w cieniu palm. Jeszcze mnie nie zauważyła, co natychmiast wykorzystałam. Podeszłam do niej cicho, odczekałam chwilę i odbiłam się ze wszystkich czterech łap. Opadałam na jej bok z warczeniem i zaczęłam szarpać jej ucho tak jak wtedy gdy byłam bardzo małym szczeniakiem. Niemal podskoczyła, a jej grube futro, w którym moje łapki wręcz się zapadały, natychmiast się zjeżyło.
- Mam cię! - roześmiałam się, opadając na trawę.
- Wystraszyłaś mnie. - rzuciła z wyrzutem, ale wyczułam, że się rozluźnia i już wygładza sierść. - Nie masz teraz lekcji? Tylko mi nie mów, że będę musiała robić ci wstyd, odprowadzając cię z wagarów.
- Nie, no pewnie że nie! - wzdrygnęłam się na samą myśl. - Jestem głodna. Dzisiaj na polowaniu robiliśmy obchód i prawie nic nie złapaliśmy.
- No to jedz, ale szybko - podsunęła mi trochę żółwiego mięsa. - A potem zmykaj na lekcję.
Skrzywiłam się, bo nie przepadałam za przesadnie słodkim żółwiem. Przeżułam szybko parę najbardziej atrakcyjnych kęsów. Nie najadłam się co prawda, ale stanowczo odmówiłam dalszej katorgi i ruszyłam dobrze znaną sobie ścieżką na zajęcia ze sztuk kreatywnych.
Tym razem dotarłam jako jedna z pierwszych i miałam trochę czasu by pogadać z innymi szczeniakami. Dowiedziałam się też kto dorwał żółwią skorupę:
- Kaiju - ziewnęła Yngvi. - Potem miał straszny problem z przymocowaniem do niej membrany. Pewnie była za twarda by ją przebić.
- Pewnie tak. - odparłam, przypominając sobie własną złość, gdy mi to nie wychodziło. - Może to nawet lepiej było jej nie dostać.
- Może. Ale wyszła mu tak pięknie! Już zaczął ją ozdabiać.
Gdy na lekcję dotarli już wszyscy, pan Dernet polecił nam kontynuować ozdabianie bębnów. Kilkoro z nas, włącznie ze mną, pobiegło dalej szukać ozdób, ale większość pozostała na miejscu by kontynuować rozpoczętą już pracę. Nie chciałam skończyć ostatnia, więc postanowiłam znaleźć tylko parę potrzebnych rzeczy i natychmiast zająć się pracą. Byle się nie zagalopować. Zaczęłam iść wzdłuż brzegu z nosem przy ziemi. W planach miałam znaleźć kilka piór różnej wielkości, pokryć bęben farbką i odcisnąć je w niej. Niepokoił mnie trochę fakt, że wzory mogą się z czasem pokruszyć, ale nie miałam lepszego pomysłu.
Przyjemna morska bryza owiewała moje futro, niosąc ze sobą zapachy lotnych ptaków. Nie łudziłam się, że byłabym w stanie jakiegoś schwytać, po prostu rozglądałam się za jakimś upuszczonym piórkiem. Tym bardziej nie byłam w stanie uwierzyć w swoje niewyobrażalne szczęście (no i oczywiście trochę umiejętności), gdy krótki powiew uderzył w mój nos bardzo świeżym i bardzo bliskim tropem. Mewa spokojnie dreptała po piasku ledwie kilkanaście metrów dalej i chyba tylko jej zuchwalstwo (te bestie prawie nie bały się wilków!) jeszcze powstrzymywało ją od ucieczki. Bo zauważyła mnie na pewno. Ani trochę nie starałam się być cicho.
Instynktownie przypadłam do ziemi tak jak uczyła nas pani Yuki, chociaż w okolicy nie było nic za czym mogłam się schować. Delikatne stąpnięcia ustały, ale ptak jeszcze nie odleciał. Zaczęłam gorączkowo zastanawiać się, co powinnam teraz zrobić. Nagły ruch musiał ją zaniepokoić, bo rozłożyła skrzydła z cichym szmerem. Parę chwil dzieliło ją od odlotu, a mnie od utraty swojej szansy na darmowe pióra.
Odbiłam się od ziemi w tym samym momencie w którym moja zdobycz załopotała skrzydłami. Pacnęłam ją przednimi łapami tak, żeby znowu uderzyła o ziemię. Wrzeszcząc jak demon z najgłębszych czeluści piekieł próbowała mi umknąć, ale zamknęłam jej drogę do nieba własnym ciałem. Nie chciałam jej zabijać, bo nawet lubiłam mewy z tymi ich dziwnymi krzykami, tyle że ona nie chciała oddać mi ani jednego piórka!
Mewa zaczęła nagle uderzać mnie skrzydłami po pysku. Odsunęłam się z parsknięciem i to był mój błąd - natychmiast wystartowała z prędkością pocisku! Zdesperowana przypuściłam jeszcze jeden atak, tym razem chwytając ptaka zębami. A ona znowu zaczęła bić skrzydłami! Warcząc gardłowo, szarpnęłam łbem i chcąc nie chcąc puściłam oszalałą latającą bestię. Gdy tylko poczuła wolność, popędziła ile sił na roztrzepotanych skrzydłach, zostawiając mnie samą z pyszczkiem pełnym pierza.
Byłam z siebie dumna do momentu drogi powrotnej gdy zaczęłam kichać, za każdym razem upuszczając parę piórek. Z niewyobrażalną ulgą wyplułam je koło swojego bębna, kichnęłam jeszcze parę razy, aż zakręciło mi się w głowie i podreptałam do pana Derneta, by poprosić go o farbki. Całe to szukanie ozdób totalnie mnie wykończyło i chciałam załatwić sprawę jak najszybciej.
- Skąd aż tyle piór, Silee? Dorwałaś jakąś mewę? - powiedział nauczyciel wesoło, gdy podeszłam bliżej.
- Tak. Są strasznie wredne. Chciałam tylko kilka piórek, a ona zachowywała się tak jakbym próbowała ją zamordować. No to musiałam jej wyrwać - narzekałam.
Pan Dernet zamilkł jakby coś go zdziwiło, więc przeszłam do sedna:
- Czy mogę dostać parę farbek? Chcę pomalować bęben i odcisnąć w farbkach te pióra.
Basior odchrząknął.
- Tak, tak. Tak, no pewnie - w jego głosie pobrzmiewała nuta niepewności, podobna do tej, która czasem pojawia się w głosie Leah, gdy o coś ją pytam. - Jakie chcesz kolory?
Przez chwilę się namyślałam. Bęben wydawał mi się co prawda absurdalnym instrumentem, ale to jednak instrument, a muzyka jest fajna. A to prowadzi do jednego wniosku!
- Wesołe - odparłam w końcu.
- Dobrze. No to może... Żółty, jasnoróżowy... i zielony. Jestem niemal całkiem pewien, że są wesołe i że będą ładnie razem wyglądać.
- Dalej nie rozumiem o co chodzi z tym jasnym i ciemnym - mruknęłam na wpół do siebie. - I pan też uważa, że żółty jest wesoły?
- Tak. A co, nie lubisz go?
- Piasek jest żółty, a nie jest ani trochę wesoły. Ale może być - nagle wpadłam na coś jeszcze. - O, i jeszcze ten zły kolor! Ta mewa mnie zdenerwowała!
- Czarny?
- Nie, ale nazywał się jakoś podobnie...
- Czerwony?
- Tak!
- Dobrze - wyczułam uśmiech w głosie nauczyciela. - Za chwilę je przyniosę. Żółty, jasnoróżowy, zielony i czerwony.
Gdy dostałam farbki, praca poszła już gładko. Łapki co prawda lepiły mi się tak, że musiałam uważać by nie posklejać ze sobą piór, ale efekt był naprawdę fajny. Bardziej niż samo granie na instrumencie - dźwięk jaki z siebie wydobywał był o wiele mniej imponujący niż większości pozostałych bębnów - podobało mi się przejeżdżanie opuszkami raz za razem po skomplikowanych wzorach.
Po krótkim namyśle zostawiłam niby-instrument panu Dernetowi, dla młodszych szczeniaków. Na przyszłość. Może im się bardziej spodoba. Zabrałam ze sobą za to pióra mewy, teraz kolorowe i pozlepiane. Z jakiegoś powodu podobał mi się fakt, że dla innych wilków mogą być ładne.
A dla mnie to dalej będą tylko piórka.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 30 czerwonych⎹ 34 pomarańczowych⎹ 69 zielonych⎹ 41 niebieskich⎹ 39 granatowych⎹ 59 fioletowych⎹ 13 różowych odłamków

piątek, 19 czerwca 2020

Od Ismanise "Zapomnieli o mnie" cz. 1

Lipiec 2026 r.
Dopiero kilka dni po przylocie do Białego Królestwa Hitam zorientował się o obecności Ismanise. Zobaczył ją po raz pierwszy, kiedy zapukała do drzwi jego pokoju i zapytała, czy mógłby kupić jej coś do jedzenia. Nie miał pojęcia, skąd się tam wzięła i dlaczego najwyraźniej KAŻDY członek watahy ją przeoczył. I, co najważniejsze, prawdopodobnie nie jadła nic przez ten czas. Kiedy poszli na dół, aby zjeść śniadanie, Isa uparcie milczała. Milczała również wtedy, kiedy kończyła swoją porcję. Dopiero kiedy popijała kawą zbożową, postanowił odchrząknąć i zapytać:
– Mama wie?
– Wie – odpowiedziała, nie patrząc na niego.
– Mówisz prawdę?
– Nie.
Hitam odchylił się ze zrezygnowaniem na ławie. Isa rwała ludzkimi palcami resztki bułki na kawałki i maczać w pozostałym na talerzu sosie. Była całkowicie spokojna.
– I co ja mam teraz zrobić...?
– Nic. Domyśli się, że poleciałam z wami. Albo nawet nie zauważy, że mnie nie ma.
Hitam patrzył na nią zmartwiony. Jego talerz już był pusty. Przeszło mu przez myśl, że w takim razie muszą zorganizować lekcje. Szczeniaków przybyło, więc przydałyby się zajęcia przynajmniej inicujące normalne lekcje. Adora, Gerrant i Kai byli na miejscu.
– W południe macie zbiórkę tutaj – oświadczył nagle. Isa posłała mu iście mordercze spojrzenie.
– Z jakiej okazji?
– Na lekcje. Potem możecie zjeść od razu obiad. Nie umiem ci powiedzieć, która lekcja to będzie. Zależy, którego nauczyciela uda mi się ściągnąć.
– I tak będzie codziennie?
– Myślę, że tak. Z pominięciem jednego dnia. Ale nie od rana do wieczora. Tylko jedna lekcja, może trochę dłuższa niż zazwyczaj...
– I co? Będziemy się bić w karczmie? – Uśmiechnęła się kwaśno.
– Tak się składa, że mamy nauczycieli historii, magii i logiki. Nie sądzę, aby miejsce było problemem.
Isa poczerwieniała na twarzy.
– A magia? Mamy rzucać kulami na oślep wśród tłumu wilków? Powodzenia.
– Z tego co mi wiadomo nieopodal jest jakaś arena. Może zdołamy ją wynająć.
Isa była niepocieszona. Hitam na ten widok się uśmiechnął.
– Nie zadręczaj się tak. Jesteś już duża, niebawem kończysz szkołę. To ostatnia prosta do dorosłości. Musisz się tylko douczyć czego potrzebujesz, a potem droga wolna. Możesz robić co ci się podoba.
– O ile mi się uda...
Jej wzrok powędrował w stronę Cody'ego, który akurat czyścił kufle po piwie. Nieopodal uwijał się również Elvin, wydający z zawrotną prędkością jedzenie. Na najbliższym siedzeniu tkwiła też Cess, która wyglądała albo na bardzo zmęczoną, albo skacowaną. Bądź jedno i drugie. Nie było już zagadką, że lubiła wieczorami pić ze swoim partnerem.
– Chyba już pójdę... – wymamrotała Isa, zsuwając się z ławy. Hitam nie odpowiedział. Odprowadził ją wzrokiem, po czym sam udał się na piętro w poszukiwaniu nauczycieli szczeniaków. Usłyszał trzask drzwi do jego pokoju. Domyślił się, że była to Isa.

Isa przysnęła na łóżku Hitama. Obudziło ją dopiero łaskotanie słońca padającego przez okno, które było centralnie nad jej głową. Była niemal pewna, że przez ten cały czas była w pokoju sama. Przetarła twarz. Nie spodziewała się, że ludzie tak szybko śmierdną. Pociągnęła nosem z niezadowoleniem. Odszukała metalową miskę oraz dzbanek pełen wody. Rozebrała się. Przy zetknięciu z wodą wzdrygnęła się. Nie sądziła, że będzie aż tak zimna. Odszukała w międzyczasie mydło. Nie pieniło się tak, jakby sobie tego życzyła, ale i tak miała zamiar zakończyć kąpiel szybko. Tak niskie temperatury nie przeszkadały jej w formie wilczej. Miała jednak świadomość, że wedle tego, co uczył Joel – jeśli nie umyje się teraz, będzie śmierdzieć przy kolejnej przemianie. Chciała uniknąć tego wstydu.
Kiedy wycierała włosy, ktoś zapukał do drzwi. Rzuciła się do większego ręcznika. Kiedy drzwi się otworzyły, Isa kończyła go wiązać na swoim niewielkim biuście. Szczeniak na jej widok przystanął z lekko rozchylonymi wargami.
– Tak? – zapytała, uśmiechając się krzywo.
– Masz chyba lekcje – powiedział. Isa czekała, aż się ulotni, ale z jakiegoś powodu dalej stał w miejscu.
– Możesz już iść? Zaraz przyjdę.
Dopiero wówczas basiorek o jasnym futerku się otrząsnął i szybko przebierając łapkami ulotnił się z pokoju. Isa z westchnieniem zamknęła drzwi. Szybko się ubrała, zmieniła formę na wilczą, a dopiero potem zeszła na parter.
Przy jednym ze stolików już siedział Gerrant w towarzystwie kilku szczeniaków. Jasny basiorek na widok Isy wytrzeszczył oczy, a potem zawstydzony odwrócił wzrok. Prawdopodobnie z nadzieją, że Isa go nie zauważyła.
– Proszę, żebyś nie spóźniała się następnym razem – oznajmił Gerrant, przeglądając przyniesione na lekcje kartki z kolorowymi ilustracjami.
– Dobrze. Przepraszam. Tylko zasnęłam – powiedziała, siadając na miejscu tuż obok wadery o jasnych, beżowych lokach. Nie znała jej imienia. W zasadzie większość zebranych tam szczeniąt była z młodszej grupy... Isa poczuła się w tym towarzystwie nieswojo. Zupełnie jakby wbiegła przypadkiem w stado przedszkolaków.
– Dzisiaj... – zaczął Gerrant powoli – Chciałbym wam pokazać wszystkie typy żywiołów.

<C.D.N.>

Zdobyto: 50 czerwonych⎹ 29 pomarańczowych⎹ 43 zielonych⎹ 38 niebieskich⎹ 48 granatowych⎹ 40 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków