piątek, 3 lipca 2020

Od Torance "Turyści z mapą w kamieniu" cz. 4


Początek stycznia 2025
Spojrzałam raz jeszcze na ścieżkę, którą prowadziła nas Lind. Z pewnością była prostsza od niemal pionowej ściany, po której wspinał się Kai oraz kilka innych wilków. Nie była jednak aż tak bezpieczna jak chciałabym. Dla dorosłego wilka nie stanowiła problemu (nawet z moim wzrostem), ale chyba wolałabym, żeby moje szczeniaki nie zapuszczały się tu same. Na myśl o innych wilkach odwróciłam się i spojrzałam na nich. Tak jak myślałam, Kai nie porzucił swojego pomysłu. Dayle i Grivina chyba postanowiły obejść skałę dookoła, bo zbliżały się niebezpiecznie w stronę dżungli, cały czas mając u swojego boku ścianę klifu. Z tej wysokości wydawały się malutkie.
Przekrzywiłam łebek. Wszystko wskazywało na to, że nasza droga będzie najlepszą z możliwych. Uświadomiłam sobie, że w związku z tym powinniśmy chyba powiadomić o tym Claytona oraz pozostałych członków grupy. Od razu zwróciłam na to uwagę moim towarzyszom.
– Nie mamy pewności, czy Pierzasta znalazła dobrą drogę. Dopóki nie wdrapiemy się na szczyt, nie ma sensu zawracać głowy Podobnemu.
– Tak, chyba masz rację – mruknęłam, opuszczając nieznacznie uszy.
Od tego momentu nie wychodziłam już z żadnymi propozycjami tego typu. Marsz na szczyt klifu minął nam na raczej mało zobowiązujących rozmowach. Typowe rozmowy przyjaciół, chyba tak mogłabym to określić. Cieszyłam się, że mogłam tego dnia spędzić trochę czasu z nimi. Ostatnio byłam tak zajęta Yvarem i Yngvi, że naprawdę mało rozmawiałam z Lind, Leah i Tingiem. Dopiero teraz uświadomiłam sobie jak bardzo mi tego brakowało...
Kiedy weszliśmy na szczyt, moje boki pokrywało kilka zadrapań, które pozostawiły po sobie jakieś ostre krzaki. Nie były uciążliwe i nawet nie zwróciłabym na nie uwagi, gdyby nie Lind, która od chwili kiedy je zauważyła, starała się usuwać wszystkie przeszkody z pomocą wiatru. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu; Lind była czasem tak kochana...
– Chyba możemy już wskazać tę drogę Claytonowi i reszcie – powiedziałam, wskazując na pozostałe wilki. Jeśli wcześniej wydawały się małe, tak teraz były malutkie. Trochę zakręciło mi się głowie, kiedy tak na nich patrzyłam. Odwróciłam łeb i zobaczyłam, że Lind rozstawia skrzydła. Jednak nim zdążyła poderwać łapy z ziemi, przerwał jej wrzask Tinga:
– HEJ, PODOBNY, PIERZASTA ZNALAZŁA ŚCIEŻKĘ!
Skrzywiłam się, a Lind prawie straciła równowagę.
– Musisz tak krzyczeć? – burknęła, odgarniając grzywkę na bok. Opadła jej na oczy w taki sposób, że pewnie nic nie widziała.
Odmieniec jedynie wzruszył ramionami.
– Chciałem mieć pewność, że mnie usłyszy – odparł, po czym wskazał długą ręką na basiora – Chyba każe ci przylecieć, Pierzasta.
Moja przyjaciółka mruknęła coś pod nosem, czego nie zrozumiałam, po czym zleciała na dół. Widziałam jak rozmawia o czymś z dowódcą, po czym ten zawołał resztę grupy. Lind ponownie wskazała ścieżkę. Widziałam jak porusza pyszczkiem, rozmawiając o czymś z wilkami. Szybko jednak zniknęli z mojego pola widzenia za jakąś skałą.
Obróciłam łebek i rozejrzałam się z zainteresowaniem po szczycie klifu. Pierwszym, co zauważyłam, była wielka plaża po jego drugiej stronie. Byłam trochę zawiedziona; liczyłam, że będzie tam coś znacznie ciekawszego niż kolejne połacie złotego piachu. Dopiero po chwili zauważyłam rzekę, która uchodziła w bardzo rozłożysty sposób do morza.
Ting musiał zauważyć, co tak przyciągnęło mój wzrok, bo wskazał ją swoim szponem i powiedział coś o jakiejś Delcie.
– Tak nazywa się ta rzeka? – zapytałam, marszcząc brwi.
Odmieniec od razu potrząsnął głową.
– Delta to u j ś c i e rzeki, które ma kilka odnóg. Jej nazwa musi brzmieć całkiem inaczej.
– Skąd w ogóle to wiesz?
– To oczywiste – odparł jedynie, a ja westchnęłam i, nie chcąc kontynuować rozmowy na ten temat, podeszłam do ściany, z której nadchodziło czyjeś postękiwanie. Słyszałam jednak, że Ting idzie tuż za mną.

<c.d.n.>

Zdobyto: 7 czerwonych⎹ 22 pomarańczowych⎹ 27 zielonych⎹ 26 niebieskich⎹ 23 granatowych⎹ 15 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

Od Morgana "Broń się" cz. 4


Październik 2025
Zastrzygłem uszami, co sprowadziło na mnie spojrzenie nauczycielki. Miałem wrażenie, że jest zadowolona, że w końcu nawet ja zainteresowałem się tematem. Nie miałem jednak pewności; wyraz jej pyszczka nie zmienił się ani odrobinkę.
– Odchodzimy jednak od dzisiejszego tematu. Tym, o czym mówiłam, możemy zająć się na kolejnych zajęciach.
Ledwo powstrzymałem jęk. Nie chciałem wracać do tych głupich póz obronnych! To, o czym mówiła  przed chwilą brzmiało o wiele ciekawiej. Czemu musieliśmy zajmować się akurat obroną dotyczącą starcia? To było bardzo niesprawiedliwe!
– Yvar i Kaiju przyjmują w gruncie rzeczy poprawne pozycje. Jedynie Kaiju jest przy tym nieco zbyt spięty. Można jednak założyć, że jest to wina tego, że w rzeczywistości nie spodziewa się żadnego ataku – zaczęła nauczycielka, a ja już tylko czekałem, kiedy tylko wypomni mi mój brak wiedzy. Zacisnąłem powieki i oblizałem nerwowo pyszczek. Nie chciałem na nią patrzeć w takiej chwili. – Przykro mi, Morganie, że nawet nie spróbowałeś na podstawie tego, co było już powiedziane na lekcji lub nie zgłosiłeś mi swojej niewiedzy, a za to bezmyślnie kopiowałeś ruchy swoich kolegów. Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy – dodała surowym tonem.
– O-oczywiście. Już nie będę – powiedziałem od razu, niepewnie otwierając oczka. Zobaczyłam akurat, jak pani Navri kiwa głową. Podniosło mnie to troszkę na duchu.
– Arrow, mogę cię prosić? – Wilczyca zwróciła się do najstarszego z naszego grona samca, który skinął łbem i podszedł do nauczycielki. – Proszę teraz, żebyście uważnie obserwowali moje ruchy. Arrow, spróbuj mnie zaatakować.
Basior niezwłocznie to zrobił, co szybko ujawniło, że słowo "spróbuj" było w tym wypadku bardzo trafne. Pani Navri z niezwykłą łatwością wykonała unik. Widząc jej szybkość, zdałem sobie sprawę, że w legendach o niespotykanych umiejętnościach naszej Alfy, mogło tkwić więcej prawdy, niż kiedykolwiek przypuszczałem.
Arrow jeszcze kilkukrotnie próbował zaatakować nauczycielkę obrony, jednak nie miał najmniejszych szans. Samica robiła uniki, blokowała jego ataki i zmuszała go do odsunięcia się, ani razu nie przejmując inicjatywy. Ja natomiast siedziałem z rozdziawionym pyszczkiem. Bardzo dobrze wiedziałem, że nigdy nie będę umiał zrobić czegoś takiego jak ona.
Następnie Navri zaczęła nam pokazywać bardzo powoli każdy ruch jaki wykonała. Nie wyglądały na bardzo skomplikowane, co nie zmieniało tego, że w chwili gdy mieliśmy je odtworzyć, moje łapy się plątały, a nauczycielka nieustannie zwracała mi uwagę, że zapominam o ich ugięciu. Jak miałem o tym pamiętać, skoro byłem skupiony na próbach powstrzymania upadku?
Kaiju i Yvar nie mieli takich problemów, co trochę mnie bolało. Lubiłem być w czymś dobry, a teraz... Minęło bardzo dużo czasu nim załapałem. O wiele za dużo. Na swoją obronę miałem jedynie to, że pani Navri była bardzo wymagająca i wytykała nam wszystkim każdy najmniejszy błąd. Jeden znalazła nawet u Arrowa!
– Miałam w planach, żebyście spróbowali je zastosować w praktyce, jednak myślę, że warto byłoby przełożyć to na kolejne zajęcia. Dzisiejsza lekcja dobiega końca, więc nie widzę sensu w rozpoczynaniu kolejnej rzeczy. Myślę, że dzisiaj możecie się szybciej rozejść – powiedziała w pewnym momencie.
Zagryzłem polik. To była moja wina! Moja i mojego całkowitego braku umiejętności. Jejku, było mi tak wstyd!
Zerknąłem na swoich kolegów. Kaiju wyglądał na odrobinę smutnego, jednak przyznał rację nauczycielce. Było to coś niespotykanego do tego stopnia, że miałem wrażenie, że się przesłyszałem! Czując na sobie mój wzrok, basiorek spojrzał na mnie i wyszczerzył ząbki.
Natomiast Yvar... Musiał być naprawdę niezadowolony. Cały czas mierzył mnie zirytowanym spojrzeniem. Szybko odwróciłem wzrok i pożegnawszy się z panią Navri, odszedłem z Kaiju na bok. Mieliśmy naprawdę wiele do omówienia! I to najlepiej z dala od tego basiorka!

<c.d.n.>

Zdobyto: 28 czerwonych⎹ 17 pomarańczowych⎹ 18 zielonych⎹ 2 niebieskich⎹ 26 granatowych⎹ 2 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków

czwartek, 2 lipca 2020

Od Sinope "Musimy sobie wyjaśnić kilka spraw... albo i nie" cz. 1

Sierpień 2026 r.
– Sino, musimy sobie wyjaśnić kilka spraw.
– Jakich? – zapytała znużona wadera, nie zwracając w ogóle głowy do Isy. Była zbyt zajęta budowaniem zamku z piasku. Akurat robiła okna z muszelek. Do końca nie zostało jej zbyt wiele.
– Naszej relacji.
– Co chcesz o niej wiedzieć?
– Cokolwiek.
– To znaczy?
– Czy chcesz się godzić, czy mamy się do siebie po prostu nie zbliżać. Chcę, żeby było nam jak najłatwiej. Teraz nie wiem, jak mam cię nawet traktować.
– Jak chcesz.
Sino wygładziła pazurem murek, który wydał się jej odrobinę krzywy i dorobiła kropek u jego szczytu.
– Jesteśmy coraz starsze i widzę jak bardzo bezsensowne jest to, co odwalamy – Mówiła dalej Isa, ale nie bez trudu – I w miarę możliwości chciałabym się pogodzić. Nawet już nie pamiętam o co się kłócimy.
– Czy to ważne o co?
– Wydaje mi się, że tak.
Sino zamilkła. Brama wjazdowa zaczęła się jej walić, więc wygrzebała więcej wilgotnego piasku z uprzednio wykopanego dołku i zbudowała ją na nowo.
– Kto ci kazał do mnie z tym przyjść? – zapytała w końcu.
– Kto? – głos Isy zadrżał.
– Sama z siebie byś tego nie zrobiła. Jesteś zbyt uparta.
Z Isy nagle uleciała cała pewność.
– Infinite.
– Ha, tak myślałam – odpowiedziała beznamiętnie Sino. Poprawiała przekrzywioną muszelkę na jednej z wieżyczek.
– Ładny zamek – powiedziała Isa.
– I czym cię napoili? Znamy jakiś eliksir na bycie miłym?
– Próbuję się z tobą pogodzić, a ty mi prawisz frazesy o tym, że jestem wredna i nie jestem w pełni świadoma tego co mówię?
– Czemu by nie?
Isa ciężko westchnęła. Jej wzrok powędrował do nieba.
– Dobra, wygrałaś. Kai odstąpił mi trochę bimbru.
– Znowu miałam rację.
– Na trzeźwo bym do ciebie nie przyszła.
– Racja.
– Przejrzałaś mnie.
– Dokładnie.
Sino zrobiła kolejne wzroki na wieży zamku. Isa przyglądała się temu wyjątkowo tępym wzrokiem.
– Po co właściwie to robisz?
– To, to znaczy co?
– Zamek. Pałac. Nie wiem co to.
– Pani Adora kazała nam zrobić zamek na podstawie planu. Pokazała nam do zapamiętania przez pół minuty. Zrobiłam go już i zostało mi dużo czasu, więc go sobie ozdabiam.
– Nie masz nikogo do... no wiesz, pogadania? 
– Ciebie.
– A prócz mnie?
– Nie mam nikogo – odparła Sino, nawet nie podnosząc wzroku znad zamku.
Isa podrapała się dość niezgrabnie po już i tak zmierzwionej czuprynie.
– Niefajnie.
– Niezbyt.
Znowu zapanowało niezręczne milczenie. Reszta grupy rozmawiała za plecami Ismanise, ale Sino nawet na nich nie patrzyła.
– To... Nie wiem. Baw się, czy coś – powiedziała w końcu Isa.
– Ty też. Masz dzisiaj coś w stylu urodzin, co nie?
– Ta... inaczej Kai by mi nie dał tego bimbru.
– To wszystkiego najlepszego.
Isie zrobiło się nieco głupio. Rzadko widywała tak opuszczoną przez wszystkich i zwyczajnie smętną Sino. Przez życzenia zaczęły ją dopadać na dodatek wyrzuty sumienia. Może ten cały czas przeznaczony na walki był czasem straconym? Może wcale nie była aż taka zła?
– Dzięki.
Sino skinęła lekko głową.
– Nie wiem czy to przez to, że jestem pijana, czy może serio jesteś całkiem miła... Ale wydaje mi się, że jesteś całkiem spoko – dodała po chwili Isa.
– Wydaje ci się. Jak wytrzeźwiejesz to znowu będę się z tobą gryźć.
– Obiecujesz?
– Obiecuję.
– Może zacznę pić częściej, żeby doświadczyć miłej Sino.
Sino wzruszyła beznamiętnie ramionami.
– Masz miłego Infinite. Chodzicie ze sobą w końcu?
– Nie wiem. Chyba tak – parsknęła Isa – Co to w ogóle za pytanie?
– Też jest pijany?
– Nie zaglądałam do niego. Czemu pytasz?
– Nie wiem. Może świętowaliście razem – Sino przycisnęła do wieżyczki kolejną muszelkę, która się w międzyczasie odczepiła i spadła.
– Impreza jest wieczorem.
Sino pokiwała głową.
– Wpadniesz?
– Nie wiem – odpowiedziała Sino cicho.
– No dobra. Ale jak coś, to będziemy czekać.
– Nie musicie.
– Jak chcesz – parsknęła Isa – A teraz już serio idę. Klep sobie dalej ten zameczek, czy coś.
Sino pokiwała głową. Kiedy Isa się oddaliła, smętny wzrok Sino powędrował do spokojnie falującego oceanu. Chyba nigdy czuła się tak przygnębiona.

<C.D.N.>

Zdobyto: 6 czerwonych⎹ 1 pomarańczowych⎹ 11 zielonych⎹ 18 niebieskich⎹ 20 granatowych⎹ 11 fioletowych⎹ 2 różowych odłamków

>> Następna część >>

Od Asgrima "Spotkanie z dzikim" cz. 5 (cd. Wilat)


Lipiec 2026
– Tori może z nim walczyć – odpowiedziałem od razu, wskazując łapą na moją partnerkę. Z jakiegoś dziwnego powodu to stwierdzenie nie spodobało się wilczycy, która zmierzyła mnie niezadowolonym spojrzeniem. Wyszczerzyłem do niej zęby.
– Nie, As. Skoro wpadłeś na tak genialny pomysł jak zastąpienie Wilata w walce, to myślę, że ty powinieneś się z nim zmierzyć – Tori uśmiechnęła się słodko w tej samej chwili, kiedy mój uśmiech zamarł. Szybko jednak przypomniałem jeden bardzo ważny powód, dla którego samica nie mogła mnie wplątać w walkę.
– Tor, zapominasz o czymś – zacząłem. – To ty jesteś dowódcą polowań. Ja jestem ten inteligentny, ty ta silna. Dlatego to ty powinnaś walczyć.
– Inteligentny?
Tori parsknęła śmiechem, całkiem ignorując dalszą część mojej wypowiedzi. Zmrużyłem groźnie oczy, mając nadzieję, że dzięki temu przekonam ją, żeby odpuściła. Ona jednak nie miała litości. Jakaś część mnie przyznała jej rację; w końcu ja też jej nie miałem względem niej. Jednak przeważała druga, która oburzała się, że tak parszywie wyśmiewa mnie przy nowym. Chciałem zrobić jak najlepsze wrażenie, a ona mi tego nie ułatwiała!
– Jestem nauczycielem – zwróciłem jej uwagę. Nim zdążyłem dodać, że uczyłem najtrudniejszego jej zdaniem przedmiotu, wilczyca ponownie zabrała głos:
– Co z tego skoro twoi uczniowie są od ciebie mądrzejsi?
Teraz to już naprawdę zabolało. Żarty żartami, ale tego nie powinna mówić. Za kogo ona się uważała?
Twoją partnerkę – odpowiedział mi jakiś głos w mojej głowie. Świetnie, skoro jest moją partnerką, to powinna przestać ciągle podcinać mi skrzydła. Nie byłem od niej gorszy!
– W porządku. Zrobię to – Zwróciłem się do Wilata, który znowu stał otępiały, nie rozumiejąc pewnie genezy naszej sprzeczki. Też jej nie rozumiałem. Tori bywała naprawdę okropna. – Wezmę udział w tym pojedynku za ciebie.
– As, ty nie umiesz walczyć – wtrąciła Torance, kręcąc łbem. A więc teraz zmieniła zdanie? – Ja to zrobię. Mam lepszą kondycję i większe doświadczenie w walce.
– Chyba z krabami – burknąłem nadal niezadowolony. Tori prawdopodobnie tego nie dosłyszała, bo nie przyparła mnie do ziemi, ani nie uderzyła łapą. – Dam sobie radę. Może jestem starszy, niż gdy dołączyłem, ale też o wiele bardziej zahartowany – zauważyłem, po czym ponownie spojrzałem na Wilata – Pozwolisz mi na to?
Basior przestąpił z łapy na łapę. Wzrok utkwił w dżungli, jakby miała wypełznąć z niej odpowiedź na to pytanie. Widziałem, że się waha i to zabolało mnie jeszcze bardziej. Czemu nikt nie wierzył, że mogę mieć jakiekolwiek szanse? Wiedziałem, że sprawiam o wiele lepsze wrażenie niż Tori, która była chuda i niska. Pod jej długim futrem ginęły wszystkie mięśnie, więc wyglądała na bezbronną i słabą. Stojąc obok niej to ja wyglądałem na silnego basiora i dobrego wojownika. Trochę zbyt chudego, ale nadal wojownika. Dlaczego się wahał? To nie powinno mieć w ogóle miejsca! Nie, kiedy nawet nie znał żadnego z nas.
– Nie jestem pewien... – przyznał w końcu, a ja poczułem się jakby dał mi kopniaka prosto w mój piękny pyszczek. – Dziki wspominał coś o honorze... Możliwe, że nie pozwoli w ogóle na zamianę. 
Odetchnąłem z ulgą. Czyli nie o to chodziło. Może jednak nie widział mnie jako całkowitej pokraki.
– Tak, to rzeczywiście może stanowić problem – Tori pokiwała w zamyśleniu łbem. – Trzeba obmyślić plan awaryjny.
– Może napadniemy go we trójkę i ucieknie natychmiast? – zaproponowałem.
Moja partnerka pokręciła głową. Czy to był jakiś dzień podważania wszystkiego, co tylko powiem? Czemu nikt mnie o tym nie poinformował wcześniej?
– Nie, to nie jest wyjście.
– Może wtedy sprowadzić innych i napaść na całą watahę – dodał Wilat, po czym spojrzał na Tori. – Masz jakiś inny pomysł, skoro ten Asa odpada?
Zaczynałem lubić tego nowego. Może nadal faworyzował Torance, ale za to zmusił ją do myślenia, a nie tylko wyśmiewania moich pomysłów. 
Wilczyca nie odpowiedziała od razu. Przez kilka długich chwil myślała, a ja czekałem. Chciałem usłyszeć, co też ona wspaniałego wymyśli. Nie przestawałem jednak myśleć nad swoim własnym planem. 
– Mogłabym nauczyć cię kilku sztuczek, ale w jeden dzień... Ciężko byłoby je opanować na poziomie, który zagwarantowałby ci zwycięstwo.
– Lepsze to niż nic, ale na pewno szybko mnie pokona. Ma nade mną fizyczną przewagę.
To był odpowiedni moment, żeby się odezwać. Czas na prawdziwie genialny pomysł równie genialnego Asa!
– Może wobec tego wspomożesz się magią? – Starałem się zabrzmieć tak niewinnie, jak tylko było to możliwe.
– Umiem tylko sterować wzrostem krzewów i kwiatków. Jak miałoby mi to pomóc? – przyznał Wilat. Brzmiał na zrezygnowanego. Widocznie nie upatrywał w tym swojego zwycięstwa i, jeśli miałem być szczery, ja też tego nie widziałem.
– A co powiesz na użycie magicznych przedmiotów i eliksirów? 
Tori zmarszczyła brwi.
– Co masz na myśli?
– Któreś z nas, a najlepiej ty skoro i tak nie walczysz, da mu Medalion Siły – Wskazałem najpierw na swój wisiorek, potem ten należący do Torance. – Dodatkowo wcześniej napoimy go Czerwonym Napojem. Jego kondycja od razu skoczy w górę. 
– To... Zaskakująco dobry pomysł – przyznała Tori, a ja uśmiechnąłem się dumnie.
– Bo ja go wymyśliłem.
Wilczyca przewróciła oczami.
– Dobra, ale skąd weźmiemy ten eliksirek? Chyba nie mamy go w swoich zapasach, a ty raczej go nie masz – zwróciła się do Wilata. Basior od razu pokręcił łbem.
– Nie... Nawet nie wiem, co on robi.
Westchnąłem. Byli jak szczeniaki, które nie miały nawet podstawowej wiedzy na temat tworzenia eliksirów. Na ich szczęście byłem cudownym i bardzo cierpliwym nauczycielem.
– Jest to eliksir, który dodaje wytrzymałości i podnosi na siłach na pół godziny od spożycia – wyjaśniłem, zerkając na oba wilki, czy uważnie słuchali, co mówiłem. – Na nasze szczęście jakiś czas temu stworzyłem go w czasie lekcji. Po demonstracji zostało mi go wystarczająco, aby zostawić sobie jedną fiolkę. Co sądzicie?

<Wilat?>

Zdobyto: 33 czerwonych⎹ 44 pomarańczowych⎹ 10 zielonych⎹ 21 niebieskich⎹ 19 granatowych⎹ 26 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków


środa, 1 lipca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 13


Luty 2025
Wyszłam na zewnątrz. Musiałam przymknąć oczy, by nie trafiały do nich płatki śniegu. Ruszyłam naprzód; oddaliłam się od słabego światła rozstawionych w domu latarni. Moje łapy tonęły w białym puchu. W uszach rozbrzmiewało mi kołatanie własnego serca. Zupełnie, jakby było ono głośniejsze, niż szalejący dzisiejszej nocy wicher.
Przypomniałam sobie, że tą drogą można trafić do nory Jen i Rey'a. Ale teraz ich tam nie ma. Gdybym skręciła w lewo, doszłabym do jaskini Starego Juana i Haslaye. Ale teraz ich tam nie ma.
Za mną stoi budynek, w którym się wychowałam. Teraz nikt już na mnie tam nie czeka.
Zatrzymałam się i zaczęłam płakać. Nie potrafiłam dłużej powstrzymywać emocji. Odgłos mojego łkania niknął gdzieś pośród wycia wiatru.
– Pierzasta! – krzyknął Ting. 
Odmieniec podążał moim śladem. Z każdym kolejnym susem powarkiwał; nie znosił dotyku śniegu. Kiedy do mnie dotarł, zawiesiłam wzrok na jego sylwetce. Nie potrafiłam wyczytać z niej nic, poza faktem, że Tingowi było zimno. Nie mogłam też szukać podpowiedzi na mordzie odmieńca; zasłaniał ją ten czaszko-hełm. Wytarłam pyszczek i ruszyłam dalej przed siebie. Strażnik pobiegł za mną.
– W-wracajm-my na p-plażę... – wydusił.
Znów przystanęłam. Spojrzałam na swojego towarzysza. Drżał i szczękał zębami. Zrobiło mi się go trochę szkoda, ale po chwili uznałam jego postępowanie za zwykłą głupotę. Po co w ogóle wychodził za mną, skoro wiedział, że źle znosi zimno?
– Rozpal sobie ogień.
– W-wieje... w-wiatr – wymamrotał odmieniec.
Użyłam energii żywiołu, by utworzyć kopułę chroniącą nas przed wichrem i gęsto sypiącym śniegiem. Tingowi pozwoliło to rozpalić ogień, a mnie wreszcie otworzyć szerzej oczy. Wtedy poczułam, że ślady po moich łzach zaczęły zamarzać.
Jeszcze raz omiotłam wzrokiem okolicę. Nie czułam się tu bezpiecznie; nie byłam już u siebie. Ale co mam teraz zrobić? Wrócić do watahy? Żyć dalej pośród wilków, których większości nawet nie znam? Pośród przyjaciół, którzy mają już własne rodziny i własne sprawy?
Co mnie czeka po powrocie? Odliczanie dni do... nadejścia Freeze'a?
Skuliłam się i nakryłam głowę łapami. Tak bardzo nie chciałam, by doszło do naszego ponownego spotkania. A miałam się kiedyś za waderę odważną i twardą. Teraz widać, że po prostu nigdy nie rozumiałam zagrożenia.
Nagle poczułam na grzbiecie ciepło ognia. Podniosłam wzrok. Stał nade mną Ting; trzymał w łapie "pochodnię" utworzoną ze swojej broni. Spoglądał w moją stronę zza pozbawionego wyrazu czaszko-hełmu. Ogarnęła mnie wściekłość. Miałam dość tego widoku. Zapragnęłam chociaż raz dowiedzieć się, co naprawdę ukazuje pysk Strażnika; wiedzieć na pewno, czy faktycznie jest nieczułym potworem.
Wyciągnęłam łapy w stronę maski Tinga, ale on zdołał odskoczyć. Warknęłam głośno.
– Zdejmij tę czaszkę, hełm, cokolwiek to jest! – krzyknęłam. Po moim pysku znów zaczęły spływać piekące łzy – Zdejmij go, jako Właścicielka Wichury rozkazuję ci to!
– N-nie mogę, Pierzasta! Nieważne, jak mi to rozkażesz!
– Czemu? Kto ci zabrania?! – Uderzyłam łapami w ziemię.
– Są zasady których nie mogę z-złamać! - rzucił Ting.
– Dlaczego niby? Co się stanie, jeśli je złamiesz?!
Odmieniec milczał.
– Co się stanie?! - powtórzyłam załamującym się głosem.
– Ja... Nie wiem.
Zaczęłam znów płakać. Zasady... zasady... Zasady dyktują wszystko. Zasady usprawiedliwiają wszystko. Nie on podejmuje decyzję; robią to za niego zasady.
Zakrztusiłam się własnymi łzami. Ting spróbował podtopić śnieg dookoła i przysiadł naprzeciwko mnie.
– Wracajmy, Pierzasta. W-wracajmy do domu.
Pociągnęłam nosem i przetarłam pysk łapą. Odwróciłam głowę w stronę budynku, z którego wyszliśmy. Pośród zawiei i ciemności nocy jawił się jako kilka rozmazanych plam światła.
Ja nie mam już domu. Może nigdy nie miałam.
Wataha też nie jest moim domem; ja nigdy nie planowałam dołączyć do watahy. Przecież trafiłam tam przypadkiem. Pełnię w niej jakieś funkcje, ale częściej czuję się tylko obserwatorem jej historii... A jeśli gdzieś tam jest też moja własna opowieść, martwię się, że będzie tak samo, jak z Wichurą; że na końcu długiej, żmudnej drogi nie ma satysfakcjonującego zakończenia. Martwię się, że po prostu pewnego dnia autor napisze ostatnie zdanie.
I to będzie koniec. 

Uwagi: brak.

Zdobyto: 8 czerwonych⎹ 15 pomarańczowych⎹ 5 zielonych⎹ 29 niebieskich⎹ 20 granatowych⎹ 24 fioletowych⎹ 2 różowych odłamków