piątek, 12 czerwca 2020

Od Yvara "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 11

Sierpień 2025
Yvar nienawidził zajęć kreatywnych. Wiedział to już w chwili, kiedy usiadł przed deseczką z kilkoma wybranymi na chybił trafił farbkami. Czuł wręcz palącą potrzebę, żeby się wykazać. Chciał zaimponować Vi oraz nauczycielowi, tworząc o wiele ładniejszy obrazek niż Morgan. Problem był jednak w tym, że nie miał jakiegokolwiek pomysłu, co mógłby namalować. 
Rozejrzał się kilkukrotnie po plaży, szukając czegoś ładnego, co nie przerosłoby jego miernych umiejętności malowania. Jego wzrok nieustannie wracał w stronę Vi, która nadal wybierała odpowiednie farbki. Ona wyglądała ładnie, ale Yvar wiedział, że nie zdołałby odwzorować jej piękna. Nic nie mogło jej dorównać. 
W końcu jego wzrok zatrzymał się na palmie. Wielkie zielone liście nie wyglądały źle, zwłaszcza z długim brązowym patykiem, do którego były przyczepione. Westchnął i zanurzył łapkę w farbce. Od razu ją wyjął, zaskoczony jej gęstością. Myślał, że to po prostu kolorowa woda. Nie spodziewał się, że będzie ona taka ciężka! 
Farba zaczęła spadać na ziemię, barwiąc ją na zielony kolor. Yvar szybko przesunął łapkę i docisnął ją do deseczki. Kiedy ją uniósł, zauważył, że został na niej ślad jego łapki. Uśmiechnął się dumnie. Może jednak mógł stworzyć coś ładnego? 
Podczas malowania, nieustannie zerkał w stronę palmy. Oddanie kształtu jej liści było znacznie trudniejsze, niż początkowo sądził. Odciski jego łap zlewały się w jedno, tworząc plamę o dziwnym kształcie. Cały czas starał się to jakoś naprawić, ale kolejne przyciskanie łapki nie pomagało, a jedynie pogarszało sprawę. W końcu poddał się, warcząc z irytacji. To nie miało sensu. 
Wyczyścił łapkę, tak jak poradził pan Dernet Morganowi. Yvar nie miał zamiaru popełniać błędów swojego kolegi. Musiał zaznaczyć, że był od niego lepszy. A to, że sam nie wpadłby na taki pomysł.. Nie miało najmniejszego znaczenia. 
Wziął drugą farbkę i kilkoma szybkimi ruchami domalował gruby patyk. Nie wyglądał najlepiej - był krzywy i niedokładnie pomalowany, ale Yvar nie miał zamiaru dłużej się z tym babrać. Teraz mógł mieć tylko nadzieję, że Morgan maluje jeszcze gorzej niż on. Wtedy z pewnością zrobiłby wrażenie na Vi.
Basiorek położył się na piasku, głowę oparł o łapki, a wzrok utkwił w siostrze. Skoro skończył malować, powinien mieć już wolne. Wobec tego mógł oddać się przyglądaniu Yngvi, która tworzyła swoje „dzieło” z zapałem, jakiego jeszcze u niej nie widział na żadnej lekcji. Dobrze, że chociaż ona była zadowolona. 
W którymś momencie musiał przysnąć, bo obudziło go głośne chrząkniecie. Poderwał się z miejsca i zobaczył stojącego nad sobą nauczyciela. Yvar wybąkał szybkie przeprosiny. Co za wstyd! 
– Już skończyłeś? 
Szczeniak czym prędzej pokiwał głową i wskazał swój rysunek. Kiedy teraz na niego spojrzał, wydał mu się on jeszcze brzydszy niż wcześniej. Zazgrzytał zębami.
– Mógłbyś poprawić ten pień. Jest zrobiony bardzo nieestetycznie – poradził nauczyciel. Yvar zacisnął ząbki. Nie chciał go poprawiać, znowu brudzić swoich łapek i irytować podczas malowania. Pan Dernet jednak nie zważał na jego minę i kontynuował – Poza tym nie myślałeś o dorysowaniu plaży oraz nieba? 
– Nie. Tak mi się podoba – odparł szorstko.
Starszy wilk przyglądał mu się przez moment. Yvar przestąpił nerwowo z łapki na łapkę. Chyba przesadził. Mama zawsze mówiła, że powinien być miły względem kolegów (co często ignorował) oraz grzecznie wykonywać polecenia nauczycieli (co z kolei ignorowała Vi). Jednak nim zdążył przeprosić, nauczyciel wzruszył ramionami i odszedł, mówiąc:
– W porządku. To twój obraz.
Yvar westchnął przeciągle i niechętnie zabrał się za ponowne malowanie. Szybko poprawił gruby patyk, mając nadzieję, że ten nie wygląda już "nieestetycznie", cokolwiek miało znaczyć to słowo. Zastanawiał się właśnie, czy powinien domalować jeszcze ten piach i niebo, kiedy podszedł do niego Morgan.
– Hej, Yvar... – Młodszy samiec z satysfakcją zauważył, że jego kolega przestępuje nerwowo z łapki na łapkę. – Masz jakieś kolorowe farbki? Potrzebuję ich do...
– Nie – przerwał mu Yvar. 
Miał nadzieję, że samczyk od razu zrezygnuje i sobie pójdzie, ale widocznie się przeliczył. Morgan przyglądał się jego farbkom. Niestety, szczeniak – choć irytujący – nie był ślepy i zauważył zieloną, czerwoną i żółtą farbkę. 
– A ja widzę, że masz. Możesz mi je pożyczyć?
– Nie.
– Czemu? Przecież z nich nie korzystasz – zauważył Morgan.
– Korzystam – burknął Yvar i na potwierdzenie swoich słów zamoczył łapkę w przypadkowej farbce. Wyciągnął ją. Była czerwona. Co mógł zrobić z czerwoną farbą? Desperacko szukał pomysłu, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Na dodatek Morgan musiał mieć podobne myśli, bo zapytał:
– Co teraz malujesz?
To było bardzo dobre pytanie. Yvar stwierdził, że też chciałby znać na nie odpowiedź.
– Piasek – powiedział w końcu pierwsze, co przyszło mu do głowy. 
– Czerwony?
– Jest bardzo gorący – wyjaśnił, przyciskając łapkę do deseczki. – Możesz sobie iść? Jestem bardzo zajęty.
Morgan niechętnie kiwnął głową. Yvar uśmiechnął się. Zwycięstwo. Mina zrzedła mu w chwili, kiedy zdał sobie sprawę, że teraz musiał namalować ten głupi czerwony piasek. Jakby tego było mało, Morgan nie wrócił do swojej deseczki, a zamiast tego podszedł do Vi. Czyli jednak przegrana. I to ogromna.

<c.d.n.>

Zdobyto: 21 czerwonych⎹ 30 pomarańczowych⎹ 33 zielonych⎹ 48 niebieskich⎹ 10 granatowych⎹ 28 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 4


Listopad 2025 r.
Gdy naszej grupie ubyło Luki i Chase'a, zrobiło się spokojniej. Jak na razie miało nas być coraz mniej, bo większość maluchów podrośnie wystarczająco do rozpoczęcia nauki dopiero za jakiś czas. Nauczycielom to chyba odpowiadało, bo wtedy wszyscy byliśmy na mniej więcej tym samym etapie i nie musieliśmy nadrabiać tematów. Leah opowiadała mi kiedyś, że grupa była tylko jedna i mieli z tym prawdziwe urwanie głowy. Nie bardzo rozumiałam więc dlaczego ciągle narzekają, skoro kiedyś było gorzej. Może chcieliby, żeby wszystko podzielić na jeszcze mniejsze odłamy? Z drugiej strony chyba każdy przeprowadzałby wtedy więcej zajęć... To naprawdę skomplikowane.
Swojego planu lekcji (jak i dni tygodnia) uczyłam się dość długo, ale w końcu udało mi się wszystko zapamiętać. Tak mniej więcej. Dużo czasu wolnego zaczęła zagarniać mi obrona, za którą naprawdę nie przepadałam, więc chyba nie ma co się dziwić, że czasem o niej zapominałam, prawda? Pod tym względem najbardziej lubiłam wtorki - poranek miałam wolny i nie było obrony. Mogłam leżeć bezczynnie prawie tak długo jak mi się podobało i odespać po poniedziałku.
Bardzo pomocny w tej kwestii był Arkan. Bardzo długo prosiłam go by pozwolił mi drzemać na swoim łuskowatym grzbiecie, bo denerwuje mnie piasek, a szczeniakom nie wolno zapuszczać się zbyt daleko za linię drzew, ale pozostawał nieugięty. Pewnego razu zastałam go we śnie, chyba po raz pierwszy i w dodatku na ziemi (z tego co mówiła Leah woli drzewa), i bez pytania sama na niego wpełzłam. Gdy się obudził prawie mnie zrzucił, ale okazało się, że to tylko dlatego, że nawet mnie nie zauważył! No i od tamtej pory po prostu nie pytam o zgodę, nawet jak już mnie dostrzeże. Nigdy nie spytałam dlaczego przestało go to denerwować, bo może jeszcze zmieniłby zdanie!
Tego konkretnego poranka byłam wyjątkowo szczęśliwa, że akurat wypadł wtorek. Na wczorajszej obronie długo ćwiczyliśmy bardzo niewygodne pozycje, które podobno będą nam miały pomóc w kontakcie z agresorami. No ja nie wiem co nauczycielka sobie myśli, ale z takim bólem łap to się raczej przed niczym nie obroni!
Przeciągnęłam się na przyjemnie ciepłym i suchym grzbiecie smoka. On na pewno nie musiał się tyle uczyć. Mogąc przeżyć tyle lat w ogóle trzeba? Dla pewności go o to spytałam.
- No pewnie, że musiałem się uczyć. - parsknął w odpowiedzi, nawet nie drgnąwszy. - I to o wiele dłużej niż dwa lata.
- Dwa i pół roku - poprawiłam go.
- Dwa lata - odmruknął z leniwą pewnością. - I to niecałe. Zaczynacie mając osiem miesięcy.
Zamilkłam, przetwarzając to co powiedział.
- Musisz nauczyć się liczyć. Wystarczy mi twoja opiekunka, co to ledwie do stu duka. Przecież to śmieszne - marudził.
- Może kiedyś. Teraz mam dużo na głowie.
Poczułam, że Arkan unosi lekko opartą jak dotąd o piasek głowę. To zazwyczaj oznaczało, że na mnie spogląda.
- Dużo na głowie, czy ty przypadkiem nie masz teraz lekcji?
Poczułam jak ściska mi się żołądek.
- Co takiego?
- Słońce jest w zenicie.
Przez chwilę nie wiedziałam o co chodzi, ale nagle z pełną mocą dotarło do mnie, że ma rację. Jak mogłam zapomnieć o logice?! Chodziłam na nią już od dawna, pory dnia w których wypada mogłabym wyrecytować bez zająknięcia! To na pewno wina tej całej obrony. Zmęczyłam nie tylko łapy, ale też głowę! Natychmiast zeskoczyłam na piach i z nosem przy ziemi pobiegłam na miejsce zbiórki, żegnana krótkim parsknięciem śmiechu.
Tym razem miałam szczęście - lekcja dopiero się zaczynała. Zwolniłam do wolnego kroku, by na nikogo nie wpaść i zatrzymałam się przed nauczycielką. Przerwała wpół słowa.
- Przepraszam za spóźnienie. - wydyszałam, próbując uspokoić oddech.
- Usiądź - odparła chłodno.
Adora nigdy nie była moją ulubioną nauczycielką i miałam wrażenie, że ona też mnie nie lubi. Może czuła się źle w roli nauczyciela, kiedy spierałam się słownie z Nikaellą, jej córką, i już jej tak zostało? Nawet jeśli, już nie było do czego wracać - w pewnym momencie obie odpuściłyśmy i choć nie zaprzyjaźniłyśmy się, tolerowałyśmy swoją obecność. Takie miałam przynajmniej wrażenie. Ja na pewno straciłam zainteresowanie. No, do pewnego stopnia.
Szybko złapałam zapach Yngvi. Przywitałam się z nią krótko i usiadłam obok.
- Dzisiaj rozwiążecie problem, z którym każdy z was, jeśli nie zachowa ostrożności, może się zetknąć - zaczęła nauczycielka. Z ukłuciem poczucia winy doszłam do wniosku, że pewnie już po raz drugi. - Co należy zrobić jeżeli zagubicie się w głębi dżungli?
Zdążyłam się zapowietrzyć, ale Adora jeszcze nie skończyła:
- Zakładamy, że jesteście tam w pojedynkę. Odłączyliście się od grupy zwiadowczej we wstępnym etapie oględzin i nie wiecie wiele o tym miejscu. Jedyna informacja jaką posiadacie to fakt, że już na początku ekspedycji zaobserwowaliście niebezpieczne zwierzęta, więc miejsce w którym się znajdujecie może być potencjalnie zagrożone.
- Sami powinniśmy do tego wszystkiego dojść. - syknął Emerald gdzieś z tyłu, tak cicho, że nie zdziwiłabym się gdyby nie usłyszał go nikt inny poza mną.
Nie zgadzałam się z nim. Nie przeszkadzało mi, że czasem Adora się rozgadała z taką nutą ekscytacji i jednoczesnej nudy w głosie jakby tylko czekała na to, by wyrecytować nam swój nowy, genialny problem. To całe dopytywanie o szczegóły "niezbędne do naszego hipotetycznego przeżycia" potrafiło doprowadzić do białej gorączki!
- A więc słucham. Co zrobicie jako pierwsze? - ponagliła nauczycielka, z cichym szuraniem owijając ogon wokół łap.
Ponownie się zapowietrzyłam, ale Emerald mnie uprzedził:
- Wracam po swoim tropie.
- Musisz mieć na uwadze, że dżungla to pełne wonnej roślinności miejsce, która może zamaskować twój zapach. Ale dobrze.
- Wspinam się na drzewo i stamtąd węszę! - wyrwałam się z odpowiedzią.
- Jesteś pewna, że wyczujesz swój zapach z takiej wysokości? - spytała Adora.
- Tak - odparłam pewnie. - Mam świetny węch!
- A co z tymi zwierzętami? - wtrącił Kaiju.
- Nie dosięgną cię na drzewie, więc jesteś bezpieczny - odparła Yngvi.
- Zwierzęta potrafią przemieszczać się po drzewach - dodała Adora. - Więc ta opcja odpada.
- Nie powiedziała pani tego na samym początku! - zauważył uszczypliwie Emerald.
- Musicie sami uwzględniać takie możliwości - odparowała nauczycielka.
- To dlaczego nie wszystkie?!
- Powiedziałam wam tylko to, co już byście wiedzieli - w jej głosie zadrżała nuta irytacji.
Tamta lekcja nie należała do najlepszych i zaczęłam po cichu żałować, że w ogóle się na nią udałam. Cokolwiek udało nam się wymyślić, Adorze zawsze coś nie pasowało. No i zawsze musiała poświęcić z pół lekcji, by wytłumaczyć co takiego. Nie znaleźliśmy rozwiązania, które w pełni by się jej spodobało i w końcu wypuściła nas na przerwę.
Przerwa przerwą, ale chyba wolałabym żeby trwała trochę dłużej niż czas jaki zajął mi dotarcie na ostatnią lekcję.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 47 czerwonych⎹ 43 pomarańczowych⎹ 24 zielonych⎹ 23 niebieskich⎹ 44 granatowych⎹ 12 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków


czwartek, 11 czerwca 2020

Od Lind „Ruiny zamków z piasku” cz. 1 (Cd. Morgan)

Lipiec 2025
– Pierzasta, to nie wygląda jak zamek z piasku – ocenił Ting, nieznacznie podnosząc wzrok znad swojego… Tingowego zajęcia.
– Nie mogę powiedzieć, że często to robię – mruknęłam na swoje usprawiedliwienie i odgarnęłam to, co zostało z murów. Chyba użyłam niewłaściwego materiału.
Nigdy dotąd nie miałam okazji do zabawy w piasku. Jedyne, czym się bawiłam za dzieciaka były patyki i śnieg. No i jeszcze szyszki, papier i… uch, pamięć mnie już zawodzi. Tak czy inaczej, gdyby nie obecność Morgana, pewnie w ogóle nie zabierałabym się za rzeźbienie w piasku.
– Chyba, że chciałaś zrobić r u i n y zamku. Takiego, co przeszedł kilka trzęsień ziemi – kontynuował odmieniec.
– Dziękuję za krytykę, wystarczy mi już.
Rzuciłam okiem na dzieło wspomnianego wcześniej szczenięcia. Prezentowało się o wiele lepiej niż moje. Jego piaskowa rzeźba miała przynajmniej wyraźnie zarysowaną wieżę. Maluch wykopał też dookoła niej coś na kształt fosy. Wkrótce dostrzegł, że przyglądałam się jego zamkowi.
– Podoba ci się?
– Jest śliczny – odparłam z uśmiechem.
– Twój też jest ładny – oznajmił szczeniak.
– Nieładnie kłamać, Mały! – rzucił Ting.
– Nie kłamię! – zapiszczał maluch. Zwrócił pyszczek w moim kierunku. W jego oczkach w mig zalśniły łezki – Ja nie kłamię!
– Spokojnie, przecież ci wierzę – mruknęłam. Niemniej jednak dziwnie poczułam się z faktem, że to właśnie potomek Crane’a zapewnia mnie o swojej szczerości. Och, co za ironia losu.
Morgan zamilkł na chwilę. Pociągnął kilka razy nosem. Potem zwrócił wzrok z powrotem na mnie i spytał cichutko:
– Czemu Tig się z nami nie bawi?
Nachyliłam się i szepnęłam:
– Bo to nudziarz. Nudziarze nie lubią się dobrze bawić.
- Ahaa…
Zerknęłam w stronę odmieńca dla pewności, że nie słyszał. 
– To co on teraz robi? – kontynuował Morgan.
– Hm, powiem ci, że nie wiem…
Dziś nie zajęłam się wybadaniem, co tym razem wymyśliły moje dwa odmieńce. Byłam zbyt skupiona na zabawianiu Morgana. Ting siedział kilka metrów od nas. Darł jakieś rośliny, rozgniatał je w łapach, po czym wrzucał do stojącego nieopodal metalowego naczynia. Raz po raz mieszał to wszystko końcem kija z ptasią czaszką.
– Ting, gotujesz zupę? Z muchami czy bez? – mruknęłam zadziornie.
– Na pewno robię coś bardziej pożytecznego niż wy.
– Co Tig tam wrzuca? – spytał mnie Morgan. Widać zbyt bał się odmieńca, żeby skierować pytanie bezpośrednio do niego.
– Wszystko – oznajmił mój towarzysz.
– Też będziemy… gotować zupę? – kontynuował szczeniak, spoglądając w moim kierunku.
– Wracajmy lepiej do zamków z piasku. Nie mamy nawet garnka… Ting, skąd ty wziąłeś ten garnek? – Znów zwróciłam głowę w stronę towarzysza.
– Powiedziałbym, że to miska – rzucił odmieniec. Przestał mieszać i jeszcze raz omiótł naczynie wzrokiem – Tak, zdecydowanie miska. Garnek byłby głębszy.
– Więc skąd wziąłeś tę m i s k ę? – westchnęłam.
– Baldor ją wczoraj wykopał.
Wtem coś na chwilę przysłoniło nad nami słońce. Usłyszałam głośniejszy szelest piachu pod czyimiś łapami. Potem rozległo się popiskiwanie Morgana. Właśnie wrócił do nas wspomniany w rozmowie kolczasty jegomość, a jego prawa noga zrujnowało zamek szczeniaka. Malec był załamany. Natomiast ja byłam wściekła. Zerwałam się z miejsca i warknęłam głośno na opancerzonego odmieńca.
– Hej, ślepy jesteś?! Uważałbyś trochę!
Zostałam kompletnie zignorowana. Baldor wyminął mnie i dorzucił coś do Tingowego garnka czy tam miski. Mojego nosa sięgnął duszący smród zgnilizny. Mniejszy odmieniec zaczął mówić coś do swojego „kuzyna”. Nie usłyszałam jednak właściwej treści ich rozmowy; byłam zbyt przejęta łkaniem Morgana. Postanowiłam zacząć od uspokojenia mojego podopiecznego. Udzielanie nagan i dowiadywanie się, co odmieńce wyprawiają z tym garnkiem, może poczekać.
– Morgan, skarbie – otarłam jego pyszczek łapą. – Nie martw się, naprawimy twój zamek. Pomogę ci. Będzie jeszcze ładniejszy niż wcześniej, zobaczysz.
Szczeniak pociągnął głośno noskiem.
– Chciałbyś kokosa na pocieszenie? Znajdę ci takiego dobrego, słodkiego… A potem naprawimy zamek.
Spróbowałam znaleźć coś na odwrócenie uwagi Morgana od tej tragedii, ale też pretekst do oddalenia się od moich towarzyszy. Smród robił się coraz bardziej nieznośny. Mój podopieczny wyjąkał parę niezrozumiałych sylab i pokiwał główką. Jeszcze raz otarłam mu pyszczek.
– No to chodź; pójdziemy do palm.
„Polowanie na kokosa” okazało się wyśmienitą strategią. Sam widok zielonych skorup wystarczył, by maluch myślał już tylko czekającym go przysmaku. Przywołałam wicher, chwyciłam nim obrany na cel orzech i zerwałam. Była to kolejna czynność, której nie podejmowałabym gdyby nie opieka nad Morganem. Sama nadal nie znosiłam smaku kokosów. 
Zieloną skorupę rozłamałam uderzeniami o skałę. Następnie pozwoliłam Morganowi obrać orzech z pierwszej osłony. Był z siebie bardzo zadowolony. Po rozpaczy nie było już śladu. Rozprawiliśmy się również z drugą, twardszą pokrywą kokosa i już po chwili szczeniak zajadał się miąższem.
Wtem dołączył do nas wspólny znajomy – Crane. 
– Tata! – zawołał Morgan. Zostawił swój smakołyk i pobiegł do wspomnianego wilka. Crane pozwolił mu się do siebie przytulić, po czym obwąchał go i dokładnie obejrzał. Jak zawsze sprawdzał, czy jego synek jest cały.
– Nie pozwalałaś mu wchodzić do wody, prawda?
– I tak się nie utopi na płyciźnie… – westchnęłam.
– Może się zachłysnąć.
– Nie, nie wchodziliśmy do wody – wyrecytowałam, żeby już nie drążył tego tematu. – Jak widać ma się dobrze.
– Jadłem kosa, tata.
– Świetnie, świetnie… – mruknął Crane. – Świetnie…
Spojrzał na kołysaną wiatrem palmę. Wyglądał, jakby bał się, że wszystkie kokosy z tego drzewa zaraz rzucą się na jego synka. Wreszcie podniósł swoją pociechę, by odejść. Zatrzymał go jednak głosik Morgana:
– Li nie idzie z nami?
Crane odłożył szczenię z powrotem na ziemię.
– Ciocia Lind ma… własne sprawy do załatwienia.
– Tak? – Morgan zwrócił smutne oczka w moją stronę. Jego spojrzenie złamałoby nawet najtwardsze serce.
– Właściwie to… nie… Ale… - zawahałam się. Nie chciałam kłamać. Niestety nie wiedziałam też jak wyjaśnić Morganowi, że nie mam najmniejszej ochoty przebywać blisko jego taty. A skoro Crane skończył już patrol, raczej nie będzie chciał trzymać się od nas z dala.
– Ale co? – zaciekawił się szczeniak.
– Musimy iść – mruknął Crane. – Powiedz cioci Lind „papa”.
Pyszczek Morgana posmutniał jeszcze bardziej.
– „Papa”, Morgan – powtórzył wilk.
– Papa… – powiedział wreszcie maluch.
– Jutro będę o tej samej porze – oznajmił Crane, po czym ponownie podniósł Morgana.
– Możesz… być o której chcesz – mruknęłam, odwracając wzrok. – Nie mam aż tak dużo do roboty…
Wilk zatrzymał się i spojrzał w moją stronę. Nie postawił już jednak swojej pociechy na ziemi. Rozmowa wyglądała na skończoną; nasze spotkanie też. Odgarnęłam grzywkę, odwróciłam się i poszłam w przeciwnym kierunku. Nie miałam tam nic do załatwienia; chciałam po prostu uciec od wzroku Crane’a. Tego tępego, smutnego wzroku. Było w nim coś, co szczególnie działało mi na nerwy. Chyba, że… było mi go po prostu szkoda.


<Morgan?>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 55 czerwonych⎹ 75 pomarańczowych⎹ 48 zielonych⎹ 70 niebieskich⎹ 39 granatowych⎹ 51 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

>> Następna część >>

Od Eterny "Zazdrość" cz. 14 (cd. Yvar)

Eterna przerwę spędziła na obserwowaniu Mortiego, który nadal tkwił w wilczym szpitalu. Eterna patrzyła na niego zasępiona. Prawdopodobnie usnął. Nie wiedziała, kiedy go wypuszczą, zatem zapewne nieprędko będzie mogła się z nim spotkać i upewnić się, że dotrzyma słowa.
– Moglibyśmy teraz porozmawiać przez chwilkę?
Eterna podniosła głowę. Nad nią stał Kai.
– Możemy...
Oddalili się od reszty szczeniaków na tyle, by nikt ich nie słyszał.
– Dlaczego zaatakowałaś Yngvi?
A jednak nie ma na imię Vi?, pomyślała Eterna.
– Zdenerwowała mnie.
– Czym?
– Nie chcę żeby się zbliżała do Mortiego.
Kai wypuścił powietrze.
– A wiesz, że Morti jest wolnym wilkiem? Nie możesz mu rozkazywać, z kim chce się spotykać, a z kim nie. Nie jest twoją własnością, a zazdrość nie jest zdrowa. Wychodzą z tego same konflikty. Obiecujesz mi, że pogodzisz się z Yngvi i przestaniesz być tak zazdrosna o Mortimera?
Eterna zmrużyła oczy w wąskie szparki.
– Nie. Praktycznie rzecz biorąc jestem już pełnoletnia i wiem co robię. Nie chcę, żebyś mi rozkazywał.
Kai nie wiedział co powiedzieć.
– Nie wolno nikogo atakować – palnął w końcu.
– Daruj sobie już te morały – Eterna parsknęła – Jeśli Yngvi nie będzie się zbliżać, będzie spokój. Nie proszę o tak wiele, więc jest to proste do zrobienia. Teraz wybacz, tatku, ale mam lekcję.
– Porozmawiamy później? – zapytał, kiedy Eterna zaczęła już odchodzić.
– Nie – odparła krótko – I nie zawracaj sobie głowy, jeśli nie wrócę do późna.
Czuła na sobie jego spojrzenie jeszcze przez dłuższy czas. Kolejną lekcją miały być eliksiry, więc Eterna całą swoją irytację na Kai'ego przerzuciła na irytację na Asgrima. Szczególnie, że miał wyjątkowo pogodny nastrój. Zupełnie odwrotnie, niż Eterna.
– Na dzisiejszej lekcji omówimy maści chłodzące – oświadczył, kiedy zebrała się już cała grupa.
Kiedy Asgrim zaczął wypytywać grupę o najpopularniejsze składniki takich mieszanek, wzrok Eterny przykuł siedzący w cieniu palm basiorek o orzechowo-cynamonowym futrze. Patrzył prosto na nią. Jego wzrok był równie zasępiony co wzrok Eterny. W przeciwieństwie do niej, w tym spojrzeniu czaiła się również nienawiść. Kto to mógł być? Eterna po raz kolejny przeanalizowała jego wygląd. Zaraz potem coś jej zaświtało. Był... bardzo podobny do Asgrima. Przypadkowo...?
– Coś się stało, Elanor? – zapytał nagle nauczyciel eliksirów.
– Ja... Chyba pana syn stara się mnie rozproszyć – odpowiedziała szybko, wskazując łapką na basiorka.
– Yvar, gdzie masz siostrę? – zapytał rozbawiony Asgrim. Basiorek nieco się speszył i zaczął odchodzić.
Yvar? Siostrę?, pomyślała Eterna. Czy to jest starszy brat Yngvi...?
Kiedy basiorek postawiwszy zaledwie kilkanaście kroków, skrył się za krzakami i dalej obserwował Eternę, przeklęła w myślach. Domyślała się, że czegoś od niej chciał. I o co potencjalnie mogło chodzić. Nie wróżyło to niczego dobrego. Szczególnie nie dla niej. Skoro to córka Asgrima, to prawdopodobnie jeszcze o niczym nie wiedział. Miał na to zbyt dobry nastrój. Jeśli się dowie... miała delikatnie mówiąc przekichane.

<Yvar?>

Zdobyto: 25 czerwonych⎹ 18 pomarańczowych⎹ 15 zielonych⎹ 18 niebieskich⎹ 13 granatowych⎹ 26 fioletowych⎹ 3 różowych odłamków

>> Następna część >>

środa, 10 czerwca 2020

Od Eterny "Zazdrość" cz. 13

Sino skuliła się jeszcze bardziej. Wtedy do Kai'ego dotarło, co właśnie powiedział. Poczuł na sobie spojrzenia całej klasy. Odchrząknął.
– Wracając do historii Watahy Magicznego Kruka... Ostateczną okazała się bitwa, kiedy zginęła dotychczasowa przywódczyni Watahy Czarnego Kruka – Asai. Dokonała tego Suzanna.
Po klasie rozległy się ciche westchnienia zdumienia. Kai uśmiechnął się kwaśno. Zawsze tak reagowali.
– Wówczas okazało się, że wilki z Watahy Czarnego Kruka wcale nie nienawidziły Watahy Magicznych Wilków tak bardzo, jak wszystkim się do tej pory wydawało. Wyszło na jaw, że podjudzała ich do tego wyłącznie Asai. Decyzję o rozejmie i połączeniu watah podjął Hitam. Został on wybrany na nową Alfę Watahy Czarnego Kruka w bardzo młodym wieku, co świadczy o jego nadzwyczajnej inteligencji i szacunku reszty stada. Obecnie jego pozycja przestała być tak wysoka, jak na początku sprawowania jego władzy, ale musicie o tym pamiętać, że Hitam ani Suzanna nie są przeciętnymi wilkami, lecz mają na swoim koncie bardzo ważne dla historii stada dokonania.
– A Navri? Też czegoś dokonała? – zainteresowała się Sino.
– Navri... – Kai urwał – Nic mi o tym nie wiadomo. Wszyscy jednak zgodnie przyznajemy, że jest to wyłącznie kwestią czasu. W decyzji o mianowaniu jej nową Alfą zadecydowała jej odpowiedzialność i imponujące zdolności magiczne.
– I płeć – wymamrotał Verker.
– Trudno się nie zgodzić – odpowiedział po chwili wahania Kai – Wataha Magicznych Wilków od zawsze miała reprezentantów płci żeńskiej na najważniejszym stanowisku.
– Wataha Czarnego Kruka nie – wtrąciła Isa.
– To też prawda.
– Czy to oznacza, że jeśli jestem z Watahy Magicznego Kruka i jestem chłopcem nie mam szans na zostanie Alfą? – zapytał Exan.
– Trudno mi na to odpowiedzieć. Wydaje mi się, że niestety nie.
– Czy ma szansę się to zmienić? – zapytała Sino.
– Tego też nie wiem. Prawdopodobnie czas nam to pokaże. Jakby nie patrzeć nasze watahy są połączone od stosunkowo niedawna. Nie było zbyt wielu zmian ze władzy. Jeśli sytuacja zmusi nas do zmiany przedstawiciela, możliwe że będzie on płci męskiej.
– Hehe, geje – zaśmiał się do siebie Chase.
– Bycie gejem to nic złego – oświadczył Kai, nie patrząc na niego – Możliwe jednak, że w takim przypadku związek nie będzie zawarty. Jeśli będzie to wbrew woli drugiego Alfy. Jeśli udzieli na to zgody... nic nie stoi na przeszkodzie.
Zapanowała cisza.
– Wracając... To właśnie połączenie watah sprawiło, że zmieniliśmy nazwę i staliśmy się jednością. Wymiana wiedzy wpłynęła pozytywnie na nasz rozwój. Razem jesteśmy silniejsi i – mam nadzieję – szczęśliwsi. Po pewnym czasie, kiedy na naszych terenach pojawiła się niepokojąco wyglądająca burza, razem podjęliśmy decyzję o przeniesieniu terenów stada na bardziej sprzyjające.
– Zobaczymy kiedyś stare...? – zapytał Morti.
– Nie wiadomo. Póki co nie wydaje się to bezpieczne. Może za kilka lat sprawdzimy, jak ma się tam sytuacja. O powrocie jednak nie myślimy. Do tego czasu prawdopodobnie w pełni zadomowimy się tutaj.

<C.D.N.>

Zdobyto: 23 czerwonych⎹ 0 pomarańczowych⎹ 1 zielonych⎹ 19 niebieskich⎹ 15 granatowych⎹ 1 fioletowych⎹ 2 różowych odłamków