środa, 24 czerwca 2020

Od Wilata "Spotkanie z dzikim" cz. 4 (C.D. Torance/Asgrim)


Lipiec 2026
- Ja... Potrzebuję waszej pomocy - wypaliłem, unikając wzroku moich nowo co poznanych towarzyszy.
- W czym? - zapytał As. As? Dziwne imię. No, chyba że to jakaś ksywka. Muszę się go później zapytać.
- Chodźcie. Wytłumaczę wam wszystko pod dżunglą. - Odwróciłem się i zacząłem truchtać w kierunku wspomnianej dżungli, nawet nie spoglądając na wilki. Nie chciałem, aby ktokolwiek nas podsłuchiwał. Chciałem rozwiązać to sam na sam z Asem i Tori. Choć czułem się skołowany, to wiedziałem, że oni mi pomogą. No, bardziej liczyłem na Tori, ale może przełamiemy lody z Asem? Kto wie? Poza jego nachalnym zachowaniem przytłaczał mnie jego wzrost. A może nie tyle sam jego wzrost, co porównanie jego wzrostu do mojego. Pierwszy raz w życiu zdałem sobie sprawę, jak jestem maleńki. To trochę niesprawiedliwe, że wilk jest rozmiaru niedużego psa. Po chwili oddaliliśmy się na tyle, że mogliśmy rozmawiać bez ryzyka podsłuchania ani ze strony wilków, ani Dzikiego.
- To o co tu chodzi, mały? - zapytał basior.
- Jutro... To znaczy dziś w nocy będę musiał... walczyć z dzikim kotem.
- Duży ten kot? Większy od wilka? To jakaś pantera, że potrzebujesz naszej pomocy? - dociekał As, zupełnie ignorując moje skrępowanie, które nadal wyczuwałem w jego obecności.
- Większy od kota, ale mniejszy ode mnie.
- Co? Łatwizna! Jedno pacnięcie łapą i sierściuch ucieknie w krzaki.
- Ale ja nie umiem walczyć! Całe życie... Całe życie stawiałem ucieczkę nad walkę. Wolałem uciekać. Nadal wolę. Poza tym, to nie jest pierwszy lepszy kotek. To dziki, doświadczony kot, który nie da sobie w kaszę dmuchać. Jest hipokrytą. - ostrzegłem - Musimy przygotować jakiś plan. Przygotować się na wszystko.
Przez reakcję Asa poczułem, że czas wziąć sprawę we własne łapy. Może i nie jestem jakiś silny i ogólnie inteligentny, ale o kotach coś wiem, no nie? Przynajmniej więcej od tego basiora... On się zna na wilkach (chyba), ja na kotach. Ech.
Przynajmniej czułem się choć odrobinkę lepiej, niż jak na początku, gdy to As tak po prostu podszedł i się zapytał: "No hej, jesteś nowy, w ogóle cię nie znam. Pomóc ci w czymś?". Ale teraz stawką jest życie moje i być może całej watahy. Bo skąd wiadomo, czy ten koci szaleniec nie zwoła bandy ocelotów? Na pewno nie jest w dżungli sam. Może ma rodzinę, znajomych?
- To co? Co robimy? Jakieś pomysły..?

<Torance/Asgrim?>

Uwagi: Brak daty. "Poza jego nachalnego zachowania" - chyba zmieniałaś to zdanie i poplątałaś odmianę; powinno być "poza jego nachalnym zachowaniem" lub "oprócz jego nachalnego zachowania".

Od Lind "Szczenię powinno mieć matkę" cz. 1

Sierpień 2025
Morgan wreszcie zasnął. Crane spojrzał w moją stronę; gdyby to była zwyczajna okazja, zapewne zostawiłabym już ich samych. Dziś jednak zamierzałam zostać nieco dłużej. Tylko po zmroku mogłam pomówić z Crane'm na osobności. Czułam, że nie będzie to łatwa rozmowa, ale nie żałowałam tego, co dzisiaj zrobiłam.
Zdecydowałam nie bawić się w żadne zapowiadanie tematu i od razu przeszłam do sedna:
– Crane, Morgan uznał, że jestem jego mamą.
Basior skierował uszy w moją stronę. Na jego pysku mignął zarys zmieszania. Chyba mi nie dowierzał.
– Co? Jak?
– Podszedł do mnie i spytał czy go kocham i czy jestem jego mamą – przedstawiłam pokrótce sytuację. – Chciałam, żebyś o tym wiedział.
– I co? Lind, co mu odpowiedziałaś? – Crane wlepił we mnie wzrok tych swoich dwukolorowych oczu.
Spojrzałam w niebo. Wypuściłam głośno powietrze.
– Co mogłam mu odpowiedzieć? – Skierowałam pyszczek z powrotem w stronę rozmówcy. – Co mogłam odpowiedzieć szczeniakowi, który całe życie patrzy jak jego rówieśnicy spędzają czas z dwojgiem rodziców?
Crane wyglądał na zagubionego; jeszcze bardziej zagubionego, niż zwykle. Otworzył pysk, zaczął błądzić wzrokiem po znikającym w mroku nocy otoczeniu. Po chwili spojrzał znów na mnie.
– Ale... Ugh, dlaczego to zrobiłaś? Nie jesteś jego matką i nigdy nie byłaś! – Ewidentnie powstrzymywał się przed prawdziwym krzykiem ze względu na śpiącego Morgana. – Okłamałaś go!
Wbiłam pazury w ziemię. Jak on śmie...
– Och, więc nagle obchodzi cię co jest kłamstwem, a co nie? – warknęłam.
– Ja... – Crane zawahał się. Spuścił głowę, uszy również – Ale Morgan jest synem...
– Edel – dokończyłam za niego, widząc, że nie dałby rady wypowiedzieć tego imienia.
Basior jeszcze bardziej posmutniał. Na chwilę zacisnął oczy.
– Wiem o tym – powiedziałam już łagodniejszym tonem. – Ale szczenię potrzebuje pełnej rodziny, nie widzisz tego?
Crane przysiadł na ziemi. Nie podnosił wzroku.
– Nie... nie można tego tak załatwiać, Lind... – mruknął. Brzmiał, jakby każde słowo wypowiadał z trudem. – Myślisz, że wiesz co dla niego jest dobre? – dodał po chwili.
Przygryzłam wargę.
– Chcesz, żeby Morgan skończył tak jak ty? – rzuciłam.
Basior nie odpowiedział. Znów spojrzał tępo w moim kierunku.
– Chcesz zrobić z niego małą kopię samego siebie? – Potrząsnęłam głową. – Wilka, który sam nie wie na czym świat stoi? Wilka, który będzie się bał wszystkiego, bo niczego nie rozumie?
Na pysku Crane'a znów wystąpiło zmieszanie, ale również coś na kształt złości.
– Ja... Przecież ja... Uch... mówisz, jakbyś...
– Nie chcę ci odbierać Morgana – uprzedziłam jego zarzuty. – To nadal twój syn. Ale nie chcę go zostawiać samego, skoro on potrzebuje czegoś więcej w swojej rodzinie.
Ponownie odpowiedziała mi cisza. Usiadłam obok Crane'a.
– Niech zgadnę... nigdy nie byłeś blisko ze swoimi rodzicami, prawda? Te historie o twojej szczęśliwej rodzinie...
– Nie miałem rodziców – wyznał wilk. – Uciekli, kiedy Asai zginęła.
– Aha... – Pokiwałam głową. Byłam pod wrażeniem, że wreszcie zebrał się by powiedzieć mi prawdę. – Wiesz... mnie również porzucono.
Crane spojrzał w moją stronę. Wyglądał na autentycznie zdziwionego.
– Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś?
– Bo to najbardziej przygnębiający element całego mojego życia... – Odgarnęłam sprzed oczu splątane włosy. – Nie lubię o tym myśleć, a co dopiero mówić.
Basior przymrużył oczy. Pogrążył się na chwilę w zamyśleniu.
– Ta wadera, która cię wychowała... twoja Babcia... nie była z tobą w ogóle spokrewniona, tak?
– Zgadza się.

<C.D.N.>

Uwagi: "Nie dowierzał" piszemy oddzielnie.

Zdobyto: 16 czerwonych⎹ 9 pomarańczowych⎹ 0 zielonych⎹ 26 niebieskich⎹ 7 granatowych⎹ 13 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

wtorek, 23 czerwca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 8


Luty 2024
– Jak się czujesz, kochana? – spytała Babcia.
To pytanie wydawało się brzmieć nieco dziwnie w naszej sytuacji. To ona była ciężko chora, nie ja. Jednak jej zachowanie tłumaczyła rola, którą dobrowolnie przyjęła dawno temu; rola mojego jedynego rodzica. Oczywistym więc było, że martwiła się o samopoczucie podopiecznej. 
– Lepiej... lepiej – odparłam szczerze.
Nadal czułam na sercu nieprzyjemny ucisk, lecz największe negatywne emocje powoli znikały. Niestety jednocześnie zaczynała ogarniać mnie pewna forma zmęczenia.
– Stary Juan kiedyś powiedział, że emocje są bardzo produktywne... – wspomniałam słowa nieżyjącego już ojca Haslaye.
– "B y w a j ą bardzo produktywne" – poprawiła mnie starsza wadera. – Juan mawiał różne rzeczy... Jednak trzeba uważać, żeby nie wyciągać jego słów poza kontekst. Emocje motywują, ale również spychają myślenie na dalszy plan. To najgorszy element – Spojrzała na mnie. – Och, przepraszam... Znów prawię ci morały.
– Od tego jest rodzic w końcu – odparłam, zdobywając się na krzywy uśmiech. Nie utrzymał się on jednak na moim pyszczku zbyt długo – Jak ty to robisz, Babciu? Jakim cudem... nie gniewasz się na Tinga?
– Lind... to nie jest tak, że nie odczuwam gniewu. Kluczowe jest raczej uczenie się kontrolowania go. Zwłaszcza wtedy, kiedy jest skierowany nie na tę osobę, co trzeba.
– Aha...
– To przychodzi z czasem, nauczysz się jeszcze tego – zapewniła Babcia.
– Ech... Powinnam była nauczyć się tego wcześniej. Nie jestem już taka młoda – pomyślałam o moich przyjaciołach, którzy już mają własne szczenięta.
– A ja to niby jestem? – zaśmiała się starsza wilczyca.
Bardzo cieszył mnie fakt, że mimo wszystko Babcia była skora do żartów. Ja nie miałam ochoty na takie rzeczy.
– Gdzie jest Strażnik? – spytała moja opiekunka, wracając do poważniejszego tonu.
– Ma na imię Ting. Nazywajmy go po imieniu – powiedziałam z naciskiem.
– Więc... gdzie jest Ting?
– W głównej izbie. – Skinęłam głową w stronę drzwi. – Powiedział, że zagra z Haslaye w karty.
– Przecież ona nie umie grać.
– Ting ją nauczy – odparłam.
Babcia znów uśmiechnęła się szeroko. Tymczasem ja podniosłam uszy, by sprawdzić, czy tam za ścianą mój towarzysz nadal próbuje wyjaśnić Haslaye, jak odróżnić siódemkę od ósemki. Okazało się, że to już opanowała. Teraz stanęli na odróżnieniu dziewiątki od szóstki. Słysząc głos Tinga, znów poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu. Nie potrafiłam przestać wspominać tę straszną rewelację sprzed kilku godzin.
– Czy wzięliście ze sobą Wichurę Płomieni? – kontynuowała Babcia. Po raz kolejny jej słowa skutecznie sprowadziły mnie na ziemię.
– O...oczywiście.
– Mogę ją zobaczyć?
Spojrzałam w róg pokoju; nadal leżał tam plecak Tinga. Podeszłam do manatków mojego towarzysza i zaczęłam je przeglądać. Miałam szczerą nadzieję, że nie okaże się, iż instynkty obronne odmieńca są wciąż tak silne. Lata temu przydusił mnie do ziemi, ponieważ jakiś patyk obił się o jego ukochany słoik.
Podniosłam uszy. Z ulgą odkryłam, że Ting wciąż zajmował się Haslaye w drugim pokoju. Wreszcie znalazłam interesujący mnie przedmiot. Odwinęłam skrawek materiału zabezpieczający Wichurę i wróciłam z nią do łóżka Babci.
– Wygląda tak niepozornie – Moja opiekunka dotknęła szklanego naczynia. – Jest piękna.
– Nawet w kominku jest więcej ognia, niż tutaj – mruknęłam.
– Co masz na myśli, Lind?
Odstawiłam słoik na ziemi. 
– Nie rozumiem, czemu to coś jest opisywane jako POTĘŻNY ARTEFAKT – Trąciłam ogonem temat naszej rozmowy. – Wichura nigdy mi się do niczego nie przydała. Może szczenięta z watahy mają rację, że nazywają to "ognistym dżemikiem". Ta nazwa bardziej pasuje.
– Och, maluchy zawsze wynajdują kreatywne nazwy...
Westchnęłam głośno.
– Ale nie jest tak? – mruknęłam. – Co ten płomyczek może zrobić?
Babcia podniosła się nieco z łóżka.
– Nie wstawaj! – rzuciłam. – Haslaye mówiła, że masz leżeć!
– Widziałaś, jak Ting zionie ogniem? – Babcia puściła moje słowa mimo uszu.
– Tak, ale co to ma do...
– Ten ogień pochodzi bezpośrednio z Wichury – dokończyła myśl.
Oniemiałam.
– J...jak? Skąd ty to wiesz?
– Podczas swoich podróży dowiedziałam się kilku rzeczy – Wadera usiadła na łóżku. – Odmieńce same z siebie nie potrafią używać magii. Broń Strażników jest powiązana z chronionymi artefaktami. 
Spuściłam wzrok na stojące nieopodal szklane naczynie. Płomyk wciąż tańczył beztrosko pośród niczego; tak samo jak w dniu, w którym go zdobyłam.
Ten artefakt miał być trofeum mojej wielkiej wyprawy. Potem już tylko tracił dla mnie znaczenie.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 8 czerwonych⎹ 3 pomarańczowych⎹ 30 zielonych⎹ 0 niebieskich⎹ 6 granatowych⎹ 23 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków


Od Yvara "Broń się" cz. 2


Październik 2025
– Prawie wszystkie postawy opierają się na delikatnym ugięciu łap. Czy któryś z was wie, dlaczego ten element jest tak ważny? – zapytała Navri, patrząc na trójkę maluchów. Yvar zauważył, że Arrow musiał powstrzymać się od odpowiedzi. Pewnie była dla niego aż zbyt oczywista.
– Tak... Dla zasady? – zaryzykował Kaiju.
Yvar powstrzymał ciche prychnięcie śmiechem. Nic nigdy nie było tylko dla zasady. Wszystko miało swoje powody. Na przykład... Nie był głodny, bo zjadł na obiad żółwia. Piasek był ciepły, bo świeciło słońce. Prościzna! Jak Kaiju mógł o tym nie wiedzieć?
Nauczycielka pokręciła głową.
– Pomyśl logicznie.
– Proszę pani, ale ja już byłem dzisiaj na logice... Mnie już wystarczy, naprawdę!
Yv zmarszczył brwi, dostrzegając jego kłamstwo. Szczeniak nie był tego dnia na żadnej lekcji. Widział go przecież, kiedy bawił się z Emeraldem i Eunice. W tym samym czasie Morgan i Nikaella siedzieli razem na logice. Raczej wątpił, żeby Kaiju w ramach zadania z logiki miał się świetnie bawić ze swoimi przyjaciółmi.
Przez moment chciał go wydać. Już nawet otwierał pyszczek, ale szybko go zamknął. Wolał nie podpadać innym szczeniakom jeszcze bardziej. Poza tym Kaiju – choć całkiem przystojny – nie budził większego zainteresowania Yngvi. Nie był jego rywalem, więc nie powinien tracić na niego sił.
– Mogę ja powiedzieć? – zapytał zamiast tego. Navri udzieliła mu pozwolenia skinięciem głowy. – Kiedy ma się ugięte łapy, można od razu zrobić unik lub odpowiedzieć atakiem. Przecież to oczywiste dla każdego, kto kiedykolwiek bawił się w zapasy.
– Bardzo dobrze, Yvarze. Musisz jednak mieć na uwadze, że niektórzy robią pewne rzeczy instynktownie.
– Co to znaczy instynktownie? – wtrącił Morgan.
– Bez zastanawiania się. Wilki instynktownie robią pewne rzeczy, żeby móc przetrwać. Tak jest także w chwili, kiedy widzimy, że ktoś szykuje się do zaatakowania nas – wyjaśniła pani Navri. W przeciwieństwie do cioci Yuki nie wyglądała na zirytowaną przez przerwanie jej. A przynajmniej nie na bardziej zirytowaną niż zwykle; jej pyszczek wyglądał tak, jakby cały czas była zdenerwowana.
Morgan mruknął coś na znak, że przyjął to do wiadomości.
– W takim razie jestem lepszy, bo ja o tym nigdy nie pomyślałem – stwierdził Kaiju, uśmiechając się dumnie.
– W takim razie po prostu nie myślisz – poprawił go Yvar. – Można mieć wiedzę i instynktowność.
– Instynkt – wtrącił Arrow, nim Kaiju zdążył odpowiedzieć na zaczepkę. Wszystkie szczeniaki spojrzały na niego zaskoczone. Żadne z nich nie spodziewało się, że ten cokolwiek powie. Poza tym basior miał bardzo niski głos. Yvar jeszcze nigdy nie słyszał samca z chociażby podobnym. To również budziło pewne zainteresowanie. – Mówi się instynkt – dodał po chwili.
Yvar poczuł przez moment wstyd. Chciał tak bardzo zaimponować basiorkowi, zakolegować się z nim... A niemal od razu popełnił jakiś błąd. Teraz już na pewno nie będzie chciał się z nim zaprzyjaźnić, bo pewnie twierdził, że Yvar jest po prostu głupi!
Z zamyślenia wyrwało go odchrząknięcie Navri, która próbowała ponownie zwrócić na siebie uwagę szczeniaków. Minęła dobra chwila nim wszyscy na nią spojrzeli.
– Świetnie, że zdołaliśmy już ustalić, dlaczego jest to tak ważne. Przybierzcie teraz postawy, które przybralibyście w chwili, gdyby ktoś szykowałby się właśnie do ataku na was – poleciła.
– A to nie pani miała nam je pokazać? – zapytał Kaiju.
– Najpierw wolałabym, żebyście pokazali mi te, z których korzystacie przy zabawie.
Jej głos stał się o chłodniejszy. Yvar miał wrażenie, że chyba każdy nauczyciel miał taki lodowaty ton. Ciekawiło go, czy tata też zwracał się z pomocą takiego do swoich uczniów. Powątpiewał w to. Nawet nie potrafił sobie tego wyobrazić. Tata był zbyt... Tatą. Raczej nie umiałby być tak oschły wobec szczeniaków.

<c.d.n.>

Zdobyto: 20 czerwonych⎹ 16 pomarańczowych⎹ 3 zielonych⎹ 12 niebieskich⎹ 28 granatowych⎹ 8 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Od Naidy „Mistrzowie kuchni” cz. 8


Maj 2026 r.
Sino pożegnała się z przyjaciółmi i rzucając im znaczące spojrzenia, udała się w tylko jej znanym kierunku. Naida była prawie pewna, że przechodząc obok niej, waderka wymamrotała coś o dobrym całowaniu się.
– No to zostaliśmy sami – stwierdził Theo, gdy tylko Sino zniknęła im z oczu.
– Mhm... – Naida spojrzała na niego niepewnie. – To co robimy?
– Idziemy na randkę.
– Teraz? Nawet nie zdążyłam się uczesać i umyć!
– Przecież ty chyba nigdy się nie czeszesz, prawda? – bardziej stwierdził, niż zapytał.
Naida spojrzała na swoje potargane futerko. Rzeczywiście, rzadko kiedy zdarzało jej się uczesać. Jakoś nigdy nie myślała, aby taka czynność miała się jej na coś przydać, jednak teraz poczuła wstyd na myśl, że zawsze wygląda tak, jakby dopiero co spadła z drzewa.
– To tylko strata czasu... Ale na randce każdy powinien wyglądać ładnie.
– Ale po co? Ja lubię, jak wyglądasz tak jak teraz!
– Mówisz tak tylko dlatego, że nie chcesz mnie urazić! – stwierdziła.
– Mówię tak, bo lubię, gdy jesteś sobą, a nie uczesaną i ładną – zaczął się tłumaczyć.
Naida spojrzała na niego uważnie. Ze zdziwieniem zauważyła, że basiorek wygląda na spiętego. Szturchnęła go lekko łapą i uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. Nie chciała, aby ten miły basiorek stresował się z jej powodu.
– To jakie mamy plany? Idziemy gdzieś?
Theo spojrzał na nią z błyskiem w oku. Naida zaśmiała się na ten widok i mimowolnie zaczęła merdać ogonem. Była ciekawa, co zamierzał zrobić. Może zabierze ją na jakiś romantyczny spacer w świetle gwiazd? Waderka spojrzała w niebo i przymrużyła oczy w słońcu. O gwiazdy będzie teraz ciężko, więc musieliby strasznie długo czekać.
– Nie jesteś głodna?
Wadera spojrzała na niego zaciekawiona. Basiorek ruszył w stronę morza, a Naida podążyła za nim bez słowa. Dotarli w końcu do samego brzegu i waderka poczuła się lekko zagubiona. Nie była pewna, o co chodziło Theo z jedzeniem. Nie widziała tu nic, co nadawałoby się do spożycia. Spojrzała na wodę i na samą myśl, że basiorek będzie jej kazał zapolować na jakieś ryby, poczuła straszne zmęczenie.
– Będziemy coś łapać? – jęknęła.
– Nie musisz się bać. Nie będziemy nic łowić – zaśmiał się.
– W takim razie co tu robimy?
Theo nie odpowiedział. Szedł powoli wzdłuż brzegu, mamrocząc coś cicho pod nosem. Spoglądał co chwilę na pobliskie palmy i z niezadowoleniem kręcił głową. Naida podeszła do niego, starając się rozszyfrować jego słowa.
– Nie... Ta też nie... Za krzywa... A ta...?
– Na co patrzysz? – zapytała lekko zniecierpliwiona.
– Jak pobiegłem po te liście... Nie ta też nie... Więc, jak je zbierałem, to wpadłem na pewien pomysł. Zapytałem Mortiego, czy nie chciałby czegoś dla mnie zrobić – Theo zatrzymał się nagle, spojrzał na kolejne drzewo i z niezadowoleniem ponownie ruszył przed siebie. – Zgodził się, ale w zamian mam mu oddać jedną z moich koszulek. Jak na złość, jedną z tych ładniejszych! Mam nadzieję, że nie będzie na niego pasować i mi ją zwróci...
Naida spojrzała na niego zdziwiona. Prawie zapomniała, że Theo umie zmieniać się w człowieka. Jednak nadal nie rozumiała, o co może mu chodzić.
– Jest! – zawołał radośnie.
– Co jest?
– Ta palma – wskazał łapą palmę, która praktycznie identyczna, co reszta miniętych przez nich drzew. – Kazałem Mortiemu zakopać tu potrzebne rzeczy. Będą oznaczone dużym znakiem x...
Naida zaczęła rozglądać się po plaży, szukając jakichś znaków. W pewnym momencie dostrzegła narysowany niezdarnie „X”, który znajdował przy samym brzegu. Waderka zaśmiała się radośnie i podskoczyła podekscytowana.
– Jest! – pisnęła.
Theo podbiegł do niej i zaczął kopać. Naida chciała mu pomóc, ale łapy nadal bolały ją od siedzenia na drzewie. Obserwowała więc tylko, jak basiorek z zaangażowaniem przekopuje plażę i wyciąga z piasku jakiś pakunek. Waderka przyjrzała się uważnie wykopanemu przez Theo przedmiotowi. Pakunek zrobiony był z jakiegoś materiału i miał wielkość porównywalną do jej głowy.
– Co to?
– Zaraz się dowiesz!
Naida oglądała z zainteresowaniem, jak Theo starannie otwierał zawiniątko i ostrożnie rozkładał wszystko na plaży. Nim się obejrzała, leżał przed nią rozłożony koc z ułożonymi na nim dwoma rybami. Naida patrzyła na to z zachwytem.
– Podoba ci się? – zapytał niepewnie basiorek.
– Jest wspaniałe! Postarałeś się!
Theo wyglądał, jakby miał zaraz skakać z radości. Usiadł wygodnie na kocyku i poklepał miejsce obok, dając Naidzie znak, aby do niego dołączyła. Waderka wskoczyła na miękki materiał i przymknęła oczy, wsłuchując się w odgłosy fal.
– Wiedziałem, że lubisz wodę, więc wybrałem miejsce blisko brzegu...
Naida milczała, skupiając się na jego słowach. To było bardzo miłe z jego strony. Poczuła ciepło na sercu, myśląc o tym, jak bardzo starał się, aby ta randka była udana. Zastanawiała się, dlaczego wcześniej nie zwracała na niego uwagi. Zrobiło jej się głupio, że przez tak długi czas nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo ten basiorek starał się jej przypodobać. W czasie, gdy ona latała za Mortim z nadzieją na coś więcej, on stał z boku i cierpliwie czekał.
– Zjemy? – przerwał ciszę Theo.
– Tak, jasne!
Przysunęli do siebie leżące na kocu ryby i rozpoczęli swoją małą ucztę. Theo zerkał na waderkę co jakiś czas, jakby chciał się upewnić czy aby na pewno jej smakuje. Naida przeżuwała jednak z zadowoleniem i rozkoszowała się ciszą i spokojem panującym wokół. Wydawało jej się, że Theo specjalnie wybrał miejsce mniej uczęszczane przez watahę. Nie narzekała jednak, ponieważ taka cisza była miłą odmianą.
– Byłeś już kiedyś na randce? – zapytała z ciekawości.
– Nie. To mój pierwszy raz... A ty? Byłaś już na jakiejś?
– Nie przypominam sobie. Jakoś chyba nikt nigdy mnie na żadną nie zaprosił.
– Ja ciebie zaprosiłem! – przypomniał Theo.
– Fakt. Zaprosiłeś mnie jako pierwszy!
– I mam nadzieję, że nie żałujesz, że się zgodziłaś...
Naida spojrzała na basiorka z uśmiechem. Załatwił dla niej przepyszne jedzenie, miękki kocyk, ciszę i szum fal. Czego mogła chcieć więcej? Dokończyła swoją rybę i nie do końca będąc pewną, jak basiorek zareaguje na taki gest, oparła głowę na jego ramieniu. Theo spiął się trochę, niepewien co się właśnie dzieje. Spojrzał na waderkę kątem oka i wstrzymał oddech. Dopiero po chwili przypomniał sobie, jak oddychać i rozluźnił się nieco, spoglądając na horyzont.
– Ładnie tu – stwierdziła po chwili wadera. – Musimy częściej to robić.
– Cz-częściej?
– Tak, przyjemnie tu i jedzenie dobre. Nawet ta cisza jest dziwnie uspokajająca, chociaż zazwyczaj wolę jak coś się dzieje.
Theo zaśmiał się i spojrzał na nią rozbawiony. Naida nie widziała w swojej wypowiedzi nic śmiesznego, jednak słysząc jego wesoły śmiech, sama także zaczęła się cicho śmiać. Siedzieli tak jeszcze przez dłuższy czas, rozmawiając na najróżniejsze tematy. Słońce powoli zbliżało się ku zachodowi, kiedy udało im się sprzątnąć cały bałagan jaki zostawili. Naidę zasmuciła informacja, że nie mogą zostać na dłużej. Z początku wcale nie chciała wracać, jednak gdy Theo zaczął jej wypominać, że dorośli będą ich szukać, niechętnie zgodziła się na powrót. Szli przy samym brzegu, obserwując fale, które co jakiś czas dosięgały ich łap. Piszczeli wtedy jednocześnie, czując przeszywający ich chłód. Słońce świeciło coraz słabiej, więc woda stawała się coraz zimniejsza. Byli już niedaleko watahy, gdy Theo zatrzymał się i wpatrzył uważnie w fale.
– O co chodzi? – zapytała zaciekawiona waderka.
– Poczekaj tu, chyba coś widzę...
Basiorek wszedł powoli do wody. Trząsł się, gdy woda dosięgła mu do brzucha, jednak zaciskał zęby i w ciszy szukał zauważonego wcześniej przedmiotu. Naida rzuciła niesiony przez nią koc i pobiegła do niego. Pisnęła, gdy jedna z większych fal zamoczyła jej futerko.
– Czego szukamy?
– Widziałem tu małże i pomyślałem... Może byłaby tam perła?
Naida kiwnęła głową ze zrozumieniem i zaczęła szukać jakiś gładkich kształtów na tle piasku. Było to dość trudne, ponieważ woda była teraz znaczne ciemniejsza niż po południu. Kilka razy wydawało się jej, że znalazła poszukiwany przedmiot, jednak za każdym razem okazywało się, że był to tylko zwykły kamień. W pewnym momencie usłyszała triumfalny okrzyk.
– Znalazłem! – zawołał Theo i pobiegł na brzeg.
Naida ruszyła za nim cała podekscytowana. Usiadła naprzeciwko basiorka i obserwowała, jak ten ze skupieniem otwiera małże. Nie widziała, co było w środku, jednak gdy tylko Theo wyszczerzył się do niej zadowolony, wiedziała już, że znaleźli perłę. Basiorek wyciągnął ją ostrożnie i położył przed Naidą.
– To dla ciebie! Abyś już zawsze pamiętała o tej randce.
Waderka spojrzała na prezent z niedowierzaniem. Perła była idealnie gładka i błyszcząca. Wyglądała na coś delikatnego, choć przecież była bardzo twarda.
– Dziękuję – wymamrotała ze wzruszeniem.
– Naida...?
– Tak?
– My teraz ze sobą chodzimy? – Theo wyglądał na lekko zawstydzonego.
Naida zaśmiała się i spojrzała ponownie na perłę. Theo był dla niej taki dobry i romantyczny. Dlaczego miałaby się nie zgodzić? Nie było sensu uganiać się za Mortim, zresztą, chyba już jej przeszła ta cała wielka miłość do tego basiorka. Przy Theo czuła się bezpiecznie i jakby spokojniej niż przy kimkolwiek innym. Z nim nie musiała się o nic kłócić i zawsze mogła liczyć na jego pomoc.
– Na to wygląda – zaśmiała się. – Wracajmy do watahy. Pewnie już nas szukają!

Uwagi: brak.

Zdobyto: 107 czerwonych⎹ 43 pomarańczowych⎹ 87 zielonych⎹ 65 niebieskich⎹ 100 granatowych⎹ 76 fioletowych⎹ 37 różowych odłamków