czwartek, 25 czerwca 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 7


Grudzień 2025 r.
Jeszcze nigdy nie zasnęłam na lekcji i gdy w końcu mi się to przytrafiło, jeszcze długo żałowałam, że akurat na lekcji pani Adory. Nauczycielka logiki rozbudziła mnie bardzo niezadowolona i pogroziła, że jeśli zdarzy mi się to znowu, pogada sobie z moją opiekunką. Chcąc nie chcąc przeciągnęłam się z szerokim ziewnięciem, zaszczycona jeszcze jednym ostrzegawczym pomrukiem nauczycielki.
Tak jak kiedyś uważałam, że nauka jest świetna, tak wtedy zaczynałam mieć jej dość. Za jakiś czas do mojego planu zajęć dojść miała jeszcze wilcza historia, o której słyszałam od starszych szczeniaków, że jest nudniejsza od łowienie małży. A przecież i tak miałam do roboty niesamowicie dużo! Chciałam być już dorosła - dorośli robią to na co mają ochotę, sami wybierają sobie stanowiska i mogą do woli eksplorować dżunglę. To niesprawiedliwe, że muszę tak długo czekać! Nie wystarczy być prawie dorosłym? Już nie jestem maluchem!
Zanurzyłam łapki w piasku w ramach cichego rozbudzenia - już nie był taki irytujący jak kiedyś, ale dalej na tyle by pobudzić moją głowę do pracy - i nadstawiłam uszu, by połapać się o czym w ogóle była mowa. Poczekałam w milczeniu aż reszta szczeniaków rozwiąże już zadany problem (a raczej wysłucha serii monologów Adory, co jakiś czas wtrącając jakąś sugestię).
- Na koniec prosta zagadka, bo widzę, że macie już dość - miałam wrażenie, że Adora na mnie spojrzała, bo sierść na karku aż mi się zjeżyła. - Podzielił się nią ze mną jeden z wilkołaków, który większą część życia spędził wśród ludzi i tam też ją zasłyszał. Myślę, że to może być dla was ciekawe urozmaicenie.
Poruszyłam się bez entuzjazmu. Ludzie mi nie imponowali. Gdy Leah albo jedno z rodziców Yngvi przybierało swoją dwunożną postać może i robili się więksi i mieli te całe "kućki" z długimi palcami do trzymania przedmiotów, ale jakby tępieli. Nagle łatwiej było ich zaskoczyć, bo nie słyszeli kroków za sobą ani nie wyczuwali zapachu jak się do nich podchodziło. Nawet z wiatrem! Nieskromnie dodam, że zmysły mam ostrzejsze niż u niejednego wilka, ale nawet w porównaniu z nimi ludzie są pod tym względem praktycznie okaleczeni. Sądząc po tym doszłam do wniosku, że muszą być strasznie głupi - no bo jak, nawet z chwytnymi rękami, przy tak słabych zmysłach poznawać świat?
- Załóżmy, że w watasze są dwie siostry - zaczęła pani Adora. - Jedna z nich jest bardzo chora i nigdy nie wychodzi ze swojej nory. Pewnego dnia... - zastanowiła się. - Morgan znajduje lekarstwo, a wadera zdrowieje.
Morgan mruknął zadowolony.
- Siostry wychodzą na spacer wzdłuż plaży i trafiają na odległy klif, na który postanawiają się wspiąć. Jednak gdy docierają na górę Yvar zrzuca je do wody.
- Ja bym nigdy nie zrzucił do wody dwóch waderek - oburzył się Yvar.
- W zabawie...
- W zabawie też nie! - głos basiorka przesiąkł strachem, tak jakby sama taka możliwość go przerażała.
- W zabawie, ale przez przypadek, Yvar. To nie twoja wina.
Na chwilę zaległa cisza. W duchu się uśmiechnęłam, bo Adora poślizgnęła się na własnym pomyśle.
- Dlaczego tylko jedna z sióstr przeżyła? - zakończyła nauczycielka, już nie tak zgrabnie jak wcześniej.
Wtedy coś przyszło mi do głowy.
- Proszę pani, ale pani oszukuje - powiedziałam hardo.
- W jakim sensie oszukuję, Silee? - odparła nauczycielka powoli przesiąkającym irytacją pomrukiem.
- Powiedziała pani, że usłyszała pani to od wilkołaków, a oni usłyszeli to od ludzi, ale tam nie było Morgana i Yvara.
- Nie przedstawiłam wam tej zagadki słowo w słowo tak jak ja ją usłyszałam - zaczęła tłumaczyć głosem nieco bardziej monotonnym niż zwykle. - Zmieniłam szczegóły, żebyście mogli łatwiej ją przyswoić i zrozumieć. Powinnaś sama do tego dojść, na drodze dedukcji. Tego właśnie się tu uczymy.
Poczułam się głupio, zwłaszcza nie mając pojęcia czym ta droga dedukcji w ogóle jest, ale postanowiłam pójść w zaparte. Wszyscy pewnie pomyśleli o tym samym, ale tylko ja miałam dość odwagi by powiedzieć to na głos! Wcale nikt na mnie nie patrzył...
- Ale powinna pani nam o tym powiedzieć, a nie skłamać, że usłyszała to pani od wilkołaków - odparowałam
Pani Adora westchnęła tak cicho, że chyba tylko ja usłyszałam.
- Silee, nie skłamałam. Ogólny zamysł zagadki w żaden sposób się nie zmienił...
- Zatajenie części prawdy to też kłamstwo!
- Dosyć. - ucięła krótko, na co fuknęłam niezadowolona.
- Mamo? - wtrąciła cicho Nikaella.
- Słucham - wadera straciła zainteresowanie mną.
- Czy możesz powtórzyć tę zagadkę? Bo ja chyba zapomniałam.
Pani Adora powtórzyła i do końca lekcji szukaliśmy dla niej rozwiązania. Miałam mnóstwo świetnych pomysłów, ale każdy odrzucała z jakiegoś błahego powodu. A jakie było rozwiązanie?
Chora siostra nie umiała pływać.
Nie cierpię logiki.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 1 czerwonych⎹ 30 pomarańczowych⎹ 28 zielonych⎹ 13 niebieskich⎹ 3 granatowych⎹ 25 fioletowych⎹ 1 różowych odłamków

środa, 24 czerwca 2020

Od Wilata "Spotkanie z dzikim" cz. 4 (C.D. Torance/Asgrim)


Lipiec 2026
- Ja... Potrzebuję waszej pomocy - wypaliłem, unikając wzroku moich nowo co poznanych towarzyszy.
- W czym? - zapytał As. As? Dziwne imię. No, chyba że to jakaś ksywka. Muszę się go później zapytać.
- Chodźcie. Wytłumaczę wam wszystko pod dżunglą. - Odwróciłem się i zacząłem truchtać w kierunku wspomnianej dżungli, nawet nie spoglądając na wilki. Nie chciałem, aby ktokolwiek nas podsłuchiwał. Chciałem rozwiązać to sam na sam z Asem i Tori. Choć czułem się skołowany, to wiedziałem, że oni mi pomogą. No, bardziej liczyłem na Tori, ale może przełamiemy lody z Asem? Kto wie? Poza jego nachalnym zachowaniem przytłaczał mnie jego wzrost. A może nie tyle sam jego wzrost, co porównanie jego wzrostu do mojego. Pierwszy raz w życiu zdałem sobie sprawę, jak jestem maleńki. To trochę niesprawiedliwe, że wilk jest rozmiaru niedużego psa. Po chwili oddaliliśmy się na tyle, że mogliśmy rozmawiać bez ryzyka podsłuchania ani ze strony wilków, ani Dzikiego.
- To o co tu chodzi, mały? - zapytał basior.
- Jutro... To znaczy dziś w nocy będę musiał... walczyć z dzikim kotem.
- Duży ten kot? Większy od wilka? To jakaś pantera, że potrzebujesz naszej pomocy? - dociekał As, zupełnie ignorując moje skrępowanie, które nadal wyczuwałem w jego obecności.
- Większy od kota, ale mniejszy ode mnie.
- Co? Łatwizna! Jedno pacnięcie łapą i sierściuch ucieknie w krzaki.
- Ale ja nie umiem walczyć! Całe życie... Całe życie stawiałem ucieczkę nad walkę. Wolałem uciekać. Nadal wolę. Poza tym, to nie jest pierwszy lepszy kotek. To dziki, doświadczony kot, który nie da sobie w kaszę dmuchać. Jest hipokrytą. - ostrzegłem - Musimy przygotować jakiś plan. Przygotować się na wszystko.
Przez reakcję Asa poczułem, że czas wziąć sprawę we własne łapy. Może i nie jestem jakiś silny i ogólnie inteligentny, ale o kotach coś wiem, no nie? Przynajmniej więcej od tego basiora... On się zna na wilkach (chyba), ja na kotach. Ech.
Przynajmniej czułem się choć odrobinkę lepiej, niż jak na początku, gdy to As tak po prostu podszedł i się zapytał: "No hej, jesteś nowy, w ogóle cię nie znam. Pomóc ci w czymś?". Ale teraz stawką jest życie moje i być może całej watahy. Bo skąd wiadomo, czy ten koci szaleniec nie zwoła bandy ocelotów? Na pewno nie jest w dżungli sam. Może ma rodzinę, znajomych?
- To co? Co robimy? Jakieś pomysły..?

<Torance/Asgrim?>

Uwagi: Brak daty. "Poza jego nachalnego zachowania" - chyba zmieniałaś to zdanie i poplątałaś odmianę; powinno być "poza jego nachalnym zachowaniem" lub "oprócz jego nachalnego zachowania".

Od Lind "Szczenię powinno mieć matkę" cz. 1

Sierpień 2025
Morgan wreszcie zasnął. Crane spojrzał w moją stronę; gdyby to była zwyczajna okazja, zapewne zostawiłabym już ich samych. Dziś jednak zamierzałam zostać nieco dłużej. Tylko po zmroku mogłam pomówić z Crane'm na osobności. Czułam, że nie będzie to łatwa rozmowa, ale nie żałowałam tego, co dzisiaj zrobiłam.
Zdecydowałam nie bawić się w żadne zapowiadanie tematu i od razu przeszłam do sedna:
– Crane, Morgan uznał, że jestem jego mamą.
Basior skierował uszy w moją stronę. Na jego pysku mignął zarys zmieszania. Chyba mi nie dowierzał.
– Co? Jak?
– Podszedł do mnie i spytał czy go kocham i czy jestem jego mamą – przedstawiłam pokrótce sytuację. – Chciałam, żebyś o tym wiedział.
– I co? Lind, co mu odpowiedziałaś? – Crane wlepił we mnie wzrok tych swoich dwukolorowych oczu.
Spojrzałam w niebo. Wypuściłam głośno powietrze.
– Co mogłam mu odpowiedzieć? – Skierowałam pyszczek z powrotem w stronę rozmówcy. – Co mogłam odpowiedzieć szczeniakowi, który całe życie patrzy jak jego rówieśnicy spędzają czas z dwojgiem rodziców?
Crane wyglądał na zagubionego; jeszcze bardziej zagubionego, niż zwykle. Otworzył pysk, zaczął błądzić wzrokiem po znikającym w mroku nocy otoczeniu. Po chwili spojrzał znów na mnie.
– Ale... Ugh, dlaczego to zrobiłaś? Nie jesteś jego matką i nigdy nie byłaś! – Ewidentnie powstrzymywał się przed prawdziwym krzykiem ze względu na śpiącego Morgana. – Okłamałaś go!
Wbiłam pazury w ziemię. Jak on śmie...
– Och, więc nagle obchodzi cię co jest kłamstwem, a co nie? – warknęłam.
– Ja... – Crane zawahał się. Spuścił głowę, uszy również – Ale Morgan jest synem...
– Edel – dokończyłam za niego, widząc, że nie dałby rady wypowiedzieć tego imienia.
Basior jeszcze bardziej posmutniał. Na chwilę zacisnął oczy.
– Wiem o tym – powiedziałam już łagodniejszym tonem. – Ale szczenię potrzebuje pełnej rodziny, nie widzisz tego?
Crane przysiadł na ziemi. Nie podnosił wzroku.
– Nie... nie można tego tak załatwiać, Lind... – mruknął. Brzmiał, jakby każde słowo wypowiadał z trudem. – Myślisz, że wiesz co dla niego jest dobre? – dodał po chwili.
Przygryzłam wargę.
– Chcesz, żeby Morgan skończył tak jak ty? – rzuciłam.
Basior nie odpowiedział. Znów spojrzał tępo w moim kierunku.
– Chcesz zrobić z niego małą kopię samego siebie? – Potrząsnęłam głową. – Wilka, który sam nie wie na czym świat stoi? Wilka, który będzie się bał wszystkiego, bo niczego nie rozumie?
Na pysku Crane'a znów wystąpiło zmieszanie, ale również coś na kształt złości.
– Ja... Przecież ja... Uch... mówisz, jakbyś...
– Nie chcę ci odbierać Morgana – uprzedziłam jego zarzuty. – To nadal twój syn. Ale nie chcę go zostawiać samego, skoro on potrzebuje czegoś więcej w swojej rodzinie.
Ponownie odpowiedziała mi cisza. Usiadłam obok Crane'a.
– Niech zgadnę... nigdy nie byłeś blisko ze swoimi rodzicami, prawda? Te historie o twojej szczęśliwej rodzinie...
– Nie miałem rodziców – wyznał wilk. – Uciekli, kiedy Asai zginęła.
– Aha... – Pokiwałam głową. Byłam pod wrażeniem, że wreszcie zebrał się by powiedzieć mi prawdę. – Wiesz... mnie również porzucono.
Crane spojrzał w moją stronę. Wyglądał na autentycznie zdziwionego.
– Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś?
– Bo to najbardziej przygnębiający element całego mojego życia... – Odgarnęłam sprzed oczu splątane włosy. – Nie lubię o tym myśleć, a co dopiero mówić.
Basior przymrużył oczy. Pogrążył się na chwilę w zamyśleniu.
– Ta wadera, która cię wychowała... twoja Babcia... nie była z tobą w ogóle spokrewniona, tak?
– Zgadza się.

<C.D.N.>

Uwagi: "Nie dowierzał" piszemy oddzielnie.

Zdobyto: 16 czerwonych⎹ 9 pomarańczowych⎹ 0 zielonych⎹ 26 niebieskich⎹ 7 granatowych⎹ 13 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

wtorek, 23 czerwca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 8


Luty 2024
– Jak się czujesz, kochana? – spytała Babcia.
To pytanie wydawało się brzmieć nieco dziwnie w naszej sytuacji. To ona była ciężko chora, nie ja. Jednak jej zachowanie tłumaczyła rola, którą dobrowolnie przyjęła dawno temu; rola mojego jedynego rodzica. Oczywistym więc było, że martwiła się o samopoczucie podopiecznej. 
– Lepiej... lepiej – odparłam szczerze.
Nadal czułam na sercu nieprzyjemny ucisk, lecz największe negatywne emocje powoli znikały. Niestety jednocześnie zaczynała ogarniać mnie pewna forma zmęczenia.
– Stary Juan kiedyś powiedział, że emocje są bardzo produktywne... – wspomniałam słowa nieżyjącego już ojca Haslaye.
– "B y w a j ą bardzo produktywne" – poprawiła mnie starsza wadera. – Juan mawiał różne rzeczy... Jednak trzeba uważać, żeby nie wyciągać jego słów poza kontekst. Emocje motywują, ale również spychają myślenie na dalszy plan. To najgorszy element – Spojrzała na mnie. – Och, przepraszam... Znów prawię ci morały.
– Od tego jest rodzic w końcu – odparłam, zdobywając się na krzywy uśmiech. Nie utrzymał się on jednak na moim pyszczku zbyt długo – Jak ty to robisz, Babciu? Jakim cudem... nie gniewasz się na Tinga?
– Lind... to nie jest tak, że nie odczuwam gniewu. Kluczowe jest raczej uczenie się kontrolowania go. Zwłaszcza wtedy, kiedy jest skierowany nie na tę osobę, co trzeba.
– Aha...
– To przychodzi z czasem, nauczysz się jeszcze tego – zapewniła Babcia.
– Ech... Powinnam była nauczyć się tego wcześniej. Nie jestem już taka młoda – pomyślałam o moich przyjaciołach, którzy już mają własne szczenięta.
– A ja to niby jestem? – zaśmiała się starsza wilczyca.
Bardzo cieszył mnie fakt, że mimo wszystko Babcia była skora do żartów. Ja nie miałam ochoty na takie rzeczy.
– Gdzie jest Strażnik? – spytała moja opiekunka, wracając do poważniejszego tonu.
– Ma na imię Ting. Nazywajmy go po imieniu – powiedziałam z naciskiem.
– Więc... gdzie jest Ting?
– W głównej izbie. – Skinęłam głową w stronę drzwi. – Powiedział, że zagra z Haslaye w karty.
– Przecież ona nie umie grać.
– Ting ją nauczy – odparłam.
Babcia znów uśmiechnęła się szeroko. Tymczasem ja podniosłam uszy, by sprawdzić, czy tam za ścianą mój towarzysz nadal próbuje wyjaśnić Haslaye, jak odróżnić siódemkę od ósemki. Okazało się, że to już opanowała. Teraz stanęli na odróżnieniu dziewiątki od szóstki. Słysząc głos Tinga, znów poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu. Nie potrafiłam przestać wspominać tę straszną rewelację sprzed kilku godzin.
– Czy wzięliście ze sobą Wichurę Płomieni? – kontynuowała Babcia. Po raz kolejny jej słowa skutecznie sprowadziły mnie na ziemię.
– O...oczywiście.
– Mogę ją zobaczyć?
Spojrzałam w róg pokoju; nadal leżał tam plecak Tinga. Podeszłam do manatków mojego towarzysza i zaczęłam je przeglądać. Miałam szczerą nadzieję, że nie okaże się, iż instynkty obronne odmieńca są wciąż tak silne. Lata temu przydusił mnie do ziemi, ponieważ jakiś patyk obił się o jego ukochany słoik.
Podniosłam uszy. Z ulgą odkryłam, że Ting wciąż zajmował się Haslaye w drugim pokoju. Wreszcie znalazłam interesujący mnie przedmiot. Odwinęłam skrawek materiału zabezpieczający Wichurę i wróciłam z nią do łóżka Babci.
– Wygląda tak niepozornie – Moja opiekunka dotknęła szklanego naczynia. – Jest piękna.
– Nawet w kominku jest więcej ognia, niż tutaj – mruknęłam.
– Co masz na myśli, Lind?
Odstawiłam słoik na ziemi. 
– Nie rozumiem, czemu to coś jest opisywane jako POTĘŻNY ARTEFAKT – Trąciłam ogonem temat naszej rozmowy. – Wichura nigdy mi się do niczego nie przydała. Może szczenięta z watahy mają rację, że nazywają to "ognistym dżemikiem". Ta nazwa bardziej pasuje.
– Och, maluchy zawsze wynajdują kreatywne nazwy...
Westchnęłam głośno.
– Ale nie jest tak? – mruknęłam. – Co ten płomyczek może zrobić?
Babcia podniosła się nieco z łóżka.
– Nie wstawaj! – rzuciłam. – Haslaye mówiła, że masz leżeć!
– Widziałaś, jak Ting zionie ogniem? – Babcia puściła moje słowa mimo uszu.
– Tak, ale co to ma do...
– Ten ogień pochodzi bezpośrednio z Wichury – dokończyła myśl.
Oniemiałam.
– J...jak? Skąd ty to wiesz?
– Podczas swoich podróży dowiedziałam się kilku rzeczy – Wadera usiadła na łóżku. – Odmieńce same z siebie nie potrafią używać magii. Broń Strażników jest powiązana z chronionymi artefaktami. 
Spuściłam wzrok na stojące nieopodal szklane naczynie. Płomyk wciąż tańczył beztrosko pośród niczego; tak samo jak w dniu, w którym go zdobyłam.
Ten artefakt miał być trofeum mojej wielkiej wyprawy. Potem już tylko tracił dla mnie znaczenie.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 8 czerwonych⎹ 3 pomarańczowych⎹ 30 zielonych⎹ 0 niebieskich⎹ 6 granatowych⎹ 23 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków


Od Yvara "Broń się" cz. 2


Październik 2025
– Prawie wszystkie postawy opierają się na delikatnym ugięciu łap. Czy któryś z was wie, dlaczego ten element jest tak ważny? – zapytała Navri, patrząc na trójkę maluchów. Yvar zauważył, że Arrow musiał powstrzymać się od odpowiedzi. Pewnie była dla niego aż zbyt oczywista.
– Tak... Dla zasady? – zaryzykował Kaiju.
Yvar powstrzymał ciche prychnięcie śmiechem. Nic nigdy nie było tylko dla zasady. Wszystko miało swoje powody. Na przykład... Nie był głodny, bo zjadł na obiad żółwia. Piasek był ciepły, bo świeciło słońce. Prościzna! Jak Kaiju mógł o tym nie wiedzieć?
Nauczycielka pokręciła głową.
– Pomyśl logicznie.
– Proszę pani, ale ja już byłem dzisiaj na logice... Mnie już wystarczy, naprawdę!
Yv zmarszczył brwi, dostrzegając jego kłamstwo. Szczeniak nie był tego dnia na żadnej lekcji. Widział go przecież, kiedy bawił się z Emeraldem i Eunice. W tym samym czasie Morgan i Nikaella siedzieli razem na logice. Raczej wątpił, żeby Kaiju w ramach zadania z logiki miał się świetnie bawić ze swoimi przyjaciółmi.
Przez moment chciał go wydać. Już nawet otwierał pyszczek, ale szybko go zamknął. Wolał nie podpadać innym szczeniakom jeszcze bardziej. Poza tym Kaiju – choć całkiem przystojny – nie budził większego zainteresowania Yngvi. Nie był jego rywalem, więc nie powinien tracić na niego sił.
– Mogę ja powiedzieć? – zapytał zamiast tego. Navri udzieliła mu pozwolenia skinięciem głowy. – Kiedy ma się ugięte łapy, można od razu zrobić unik lub odpowiedzieć atakiem. Przecież to oczywiste dla każdego, kto kiedykolwiek bawił się w zapasy.
– Bardzo dobrze, Yvarze. Musisz jednak mieć na uwadze, że niektórzy robią pewne rzeczy instynktownie.
– Co to znaczy instynktownie? – wtrącił Morgan.
– Bez zastanawiania się. Wilki instynktownie robią pewne rzeczy, żeby móc przetrwać. Tak jest także w chwili, kiedy widzimy, że ktoś szykuje się do zaatakowania nas – wyjaśniła pani Navri. W przeciwieństwie do cioci Yuki nie wyglądała na zirytowaną przez przerwanie jej. A przynajmniej nie na bardziej zirytowaną niż zwykle; jej pyszczek wyglądał tak, jakby cały czas była zdenerwowana.
Morgan mruknął coś na znak, że przyjął to do wiadomości.
– W takim razie jestem lepszy, bo ja o tym nigdy nie pomyślałem – stwierdził Kaiju, uśmiechając się dumnie.
– W takim razie po prostu nie myślisz – poprawił go Yvar. – Można mieć wiedzę i instynktowność.
– Instynkt – wtrącił Arrow, nim Kaiju zdążył odpowiedzieć na zaczepkę. Wszystkie szczeniaki spojrzały na niego zaskoczone. Żadne z nich nie spodziewało się, że ten cokolwiek powie. Poza tym basior miał bardzo niski głos. Yvar jeszcze nigdy nie słyszał samca z chociażby podobnym. To również budziło pewne zainteresowanie. – Mówi się instynkt – dodał po chwili.
Yvar poczuł przez moment wstyd. Chciał tak bardzo zaimponować basiorkowi, zakolegować się z nim... A niemal od razu popełnił jakiś błąd. Teraz już na pewno nie będzie chciał się z nim zaprzyjaźnić, bo pewnie twierdził, że Yvar jest po prostu głupi!
Z zamyślenia wyrwało go odchrząknięcie Navri, która próbowała ponownie zwrócić na siebie uwagę szczeniaków. Minęła dobra chwila nim wszyscy na nią spojrzeli.
– Świetnie, że zdołaliśmy już ustalić, dlaczego jest to tak ważne. Przybierzcie teraz postawy, które przybralibyście w chwili, gdyby ktoś szykowałby się właśnie do ataku na was – poleciła.
– A to nie pani miała nam je pokazać? – zapytał Kaiju.
– Najpierw wolałabym, żebyście pokazali mi te, z których korzystacie przy zabawie.
Jej głos stał się o chłodniejszy. Yvar miał wrażenie, że chyba każdy nauczyciel miał taki lodowaty ton. Ciekawiło go, czy tata też zwracał się z pomocą takiego do swoich uczniów. Powątpiewał w to. Nawet nie potrafił sobie tego wyobrazić. Tata był zbyt... Tatą. Raczej nie umiałby być tak oschły wobec szczeniaków.

<c.d.n.>

Zdobyto: 20 czerwonych⎹ 16 pomarańczowych⎹ 3 zielonych⎹ 12 niebieskich⎹ 28 granatowych⎹ 8 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków