piątek, 26 czerwca 2020

Od Morgana "Broń się" cz. 3


Październik 2025
Kiedy tylko pani Navri powiedziała, że mamy przyjąć taką postawę, jakbyśmy bawili się w zapasy, zdałem sobie sprawę, że miałem problem. Od zawsze unikałem tej gry, jak tylko mogłem. Była niebezpieczna, głupia i momentami brutalna. Tak łatwo można było zrobić coś sobie lub w innym w czasie jej trwania! A teraz okazywało się, że wiedza z niej będzie mi potrzebna na lekcjach. Czemu nikt mi nigdy o tym nie powiedział?!
Zacisnąłem ząbki, zerkając na Yvara i Kaiju. Obaj uginali łapki, unosili nieznacznie ogon i zniżali głowę. Palce u ich łap były lekko rozłożone. Wyglądali, jakby zaraz mieli odskoczyć na bok. Cały czas na nich zerkając, próbowałem odwzorować ich pozy.
– Morganie, widzę, że kopiujesz pozycje swoich kolegów. Jeżeli czegoś nie wiesz, po prostu to powiedz – odezwała się nagle pani Navri, a ja podskoczyłem. Nie spodziewałem się, że to zauważy! Miała w końcu takie ciemne szkła na oczach!
Słyszałem jak Yvar parska śmiechem. Zacisnąłem ząbki. Czy to, że czegoś nie wiedziałem, naprawdę było tak zabawne?
– Hej, przestań. Morgan nigdy nie bawi się w zapasy! – Kaiju, szturchnął basiorka w bok. Byłem mu bardzo wdzięczny za to, że się za mną wstawił.
– W takim razie po co tu przyszedł? – prychnął Yvar, nadal uśmiechając się wrednie. Odwróciłem pyszczek. Nie miałem zamiaru na niego dłużej patrzeć. Nie kiedy posyłał mi takie okropne spojrzenia, jakbym był głupi i nic nie znaczył. – To lekcje obrony. Obrona jest po to, żeby się bronić, kiedy ktoś nas zaatakuje.
– Przyszedł tu, żeby się czegoś nauczyć – powiedziała nauczycielka i zmierzyła basiorka chłodnym spojrzeniem, pod którym się skulił. Nie zdołałem opanować uśmiechu. Ha, nawet pani Navri była po mojej stronie! – Obrona to nie tylko unikanie ataku. To unikanie każdego rodzaju zagrożenia oraz radzenie sobie w momencie, kiedy takowe nastąpi.
Uniosłem uszy. Może jednak ta lekcja nie była aż tak zła?
– Jakie mogą być te inne zagrożenia?
– Wszelkie rzeczy związane z niebezpiecznymi zjawiskami naturalnymi: powodzie, sztormy, pożary, trzęsienia ziemi czy trąby powietrzne. Czy znacie znaczenie wszystkich tych słów?
Wymieniłem spojrzenia z Kaiju. Basiorek pokręcił głową i przyznał, że nigdy nie słyszał o sztormach i trąbach powietrznych.
– Sztormy to wynik bardzo silnego wiatru, który sprawia, że woda bardzo mocno faluje. Często pada również deszcz, który ogranicza widoczność do minimum. Występuję na morzach i oceanach – wyjaśniła pani Navri, wskazując łapą na morze znajdujące się za nami. Spojrzałem w tamtą stronę. Woda była bardzo spokojna, a na niebie nie było ani jednej chmurki. Nie umiałem sobie wyobrazić sytuacji, którą właśnie opisała nam nauczycielka. To tak bardzo nie pasowało do naszego morza! – Trąba powietrzna również jest związana z silnym wiatrem, jednak przyjmuje on pionową pozycję. Wiatr krąży w kółko, unosząc piach, wodę i niektóre przedmioty, często na wielkie odległości. Trąby unoszące się nad ziemią często nazywane są tornadami.
– A pionowo to...? – Kaiju przekrzywił główkę. Byłem mu bardzo wdzięczny, że o to zapytał. Nigdy nie słyszałem takiego słowa!
– Od góry do dołu – odpowiedziała od razu pani Navri. – Wymienione przeze mnie zjawiska bywają bardzo niebezpieczne dla wilków oraz wszystkich innych stworzeń. Mogą zniszczyć wiele otaczających nas rzeczy; budowle, przedmioty, drzewa, a nawet całe części dżungli... Poza tym komuś może stać się krzywda, czy to z braku wiedzy czy przez przypadek. Stąd przechodzimy do kolejnej rzeczy, którą obejmuje obrona – radzenie sobie w momencie w przypadku zranienia lub konieczności udzielenia pierwszej pomocy.

<c.d.n.>

Zdobyto: 28 czerwonych⎹ 25 pomarańczowych⎹ 15 zielonych⎹ 10 niebieskich⎹ 16 granatowych⎹ 14 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków


czwartek, 25 czerwca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 9


Luty 2025
– Więc ten mały płomyk potrafi coś więcej? – Przyglądałam się szklanemu naczyniu.
– Wiele więcej, Lind. To najczystsza energia żywiołu zamknięta w przedmiocie. Nie co dzień widuje się coś takiego – Babcia położyła się z powrotem. Wystawiła pyszczek poza krawędź łóżka, by nadal widzieć ustawioną na podłodze Wichurę.
– Wyczytałam, że to była robota jakiegoś elfa – oznajmiłam.
– Hm... nie dziwi mnie to. Elfy zawsze miały wyjątkowy talent do magii. Szkoda, że nigdy żadnego nie spotkałam... – mruknęła starsza wilczyca. – Czegoś jeszcze się dowiedziałaś przez ten czas?
– Chyba tylko, że w tym samym czasie powstało kilka artefaktów... – Dawno nie zaglądałam do książki, którą przepisał dla mnie Ting. Nie pamiętałam już szczegółów, więc założyłam, iż nie były one warte uwagi.
– Tak... to się zgadza z innymi źródłami – skwitowała starsza wadera.
Przejechałam łapą po szklanym naczyniu.
– Chyba powinnam już to schować... Ting się wścieknie, jeśli zobaczy, że ruszałam Wichurę bez jego nadzoru.
– Słusznie – przytaknęła Babcia.
Zabezpieczyłam artefakt przeznaczonym do tego materiałem i włożyłam z powrotem do plecaka. Tym razem zwróciłam uwagę na pozostałe przedmioty zapakowane razem ze słoikiem. Było ich zdecydowanie więcej, niż na początku naszej znajomości. Wypatrzyłam fanty, które sama dałam Tingowi na przechowanie, ale pośród nich walały się też mniej wartościowe, przypadkowe znaleziska. Oboje jesteśmy niezłymi kolekcjonerami.
– Mówisz Lind, że nie wierzysz w moc małego płomyka Wichury... – powiedziała Babcia. – Ale zwróć uwagę, że jej Strażnik również nie jest zbyt wysoki.
Spojrzałam w stronę łóżka. Moja opiekunka znów się uśmiechała.
– Nie mam racji? – kontynuowała, widząc, że nie odpowiadam.
– Masz, oczywiście, że masz – Podeszłam bliżej i przysiadłam obok.
– Wiele rzeczy na tym świecie wygląda niepozornie... A jednak niewiele trzeba, by zmienić bieg historii...
Te słowa zabrzmiały jak fragment jakiejś książki. Ciekawe, czy faktycznie nie były cytatem...
– Wiesz, jaka ty byłaś malutka, kiedy cię znalazłam? A też wiele zmieniłaś w moim życiu – Starsza wilczyca przejechała łapą po głowie swojej podopiecznej. Jej pazury prawie zaplątały się w moich potarganych włosach.
– Chcesz mi opowiedzieć, jak z tym było, Babciu? Jak w ogóle mnie znalazłaś? – spytałam.
Starsza wadera chwilę milczała. Nabrała więcej powietrza.
– Dobrze...
Spojrzałam w jej stronę, gotowa wysłuchać tej historii w całości. Dotąd znałam tylko jej urywki; w dużej mierze przekazane mi przez Juana czy Jen.
– Minęło dużo czasu od zakończenia walk, od... odejścia mojego szczenięcia – zaczęła Babcia. – Okolica opustoszała...
– Ale ty zostałaś...
– Sama nie wiem, na co czekałam. Z początku nie widziałam sensu w odejściu. Myślałam, że dam radę zapomnieć o bólu... Ale stan rzeczy się nie zmieniał. Nadal nie mogłam spać po nocach; ilekroć zamykałam oczy, słyszałam za ścianą głosy – starsza wadera westchnęła ciężko. – Był moment, że nie potrafiłam spojrzeć na nic, co do niego należało...
Zrobiła krótką pauzę. Wyglądała, jakby zbierała myśli; być może też cicho walczyła z emocjami.
– Czekanie w samotności nie pomagało. Więc... ostatecznie zrobiłam to, co pozostali... Ale wyruszyłam w innym kierunku. Nie na południe; na północ – Spojrzała w stronę zawieszonej na ścianie mapę. – Zupełnie... jakbym wierzyła, że lodowe pustkowia będą miały w sobie coś, co wreszcie ukoi ból. Teraz widzę, że moja wędrówka nie miała celu. Po raz pierwszy nie wzięłam ze sobą mapy, kompasu... niczego. Kto wie... może nie planowałam wrócić.
Zerknęłam na tę samą mapę. Nie byłam sobie w stanie wyobrazić, przez co wtedy przechodziła moja opiekunka.
– Ale znalazłam coś pośród śniegu. Małą, wołającą o pomoc waderkę.
Odwróciłam pyszczek z powrotem w stronę mojej opiekunki. Dostrzegłam, że w jej oku zalśniła łezka.
– Pamiętam to jak dziś. Chowałaś różowy nosek w łapki; twoje futerko było bielsze, niż śnieg – wspominała Babcia. – To było jak zrządzenie losu, Lind. Przybyłam do ciebie idealnie na czas.
Ponownie wyciągnęła łapę w moją stronę. Przysunęłam się bliżej łóżka, by mogła mnie do siebie przytulić.
– Chciałabym móc ci się jakoś za to odwdzięczyć... – mruknęłam. Zauważyłam, że i mnie zbierało się na płacz.
– Och, Lind... Zrobiłaś to już w dniu, w którym cię znalazłam. Nadałaś wtedy mojemu życiu na nowo sens. Ty dałaś mi powód do powrotu.
Przytuliła mnie jeszcze mocniej; to jest, na tyle na ile pozwalały jej siły.
– Pokazałaś mi, że... nie wszystko stracone... że nadal mogę być dobrym... – Nie potrafiła dokończyć tego zdania.
– Tak – odparłam. – Byłaś dla mnie wspaniałym rodzicem.
Babcia cicho załkała. Objęłam ją obiema łapami.
– Tak szybko dorosłaś, Lind – westchnęła starsza wadera. – Tak szybko...
Pomyślałam znów o tym, jak żyją wilkołaki. Ludzka forma sprawia, że starzeją się wolniej, ale i dorastają wolniej. Mają na wszystko więcej czasu. Jak wiele czasu miałby wilkołak, który jest nieśmiertelny...
Pomyślałam o swoim magicznym wisiorku. Ile już minęło, odkąd zaczęłam go nosić?

<C.D.N.>

Uwagi: Przecinki.

Zdobyto: 22 czerwonych⎹ 21 pomarańczowych⎹ 38 zielonych⎹ 37 niebieskich⎹ 37 granatowych⎹ 22 fioletowych⎹ 10 różowych odłamków

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 7


Grudzień 2025 r.
Jeszcze nigdy nie zasnęłam na lekcji i gdy w końcu mi się to przytrafiło, jeszcze długo żałowałam, że akurat na lekcji pani Adory. Nauczycielka logiki rozbudziła mnie bardzo niezadowolona i pogroziła, że jeśli zdarzy mi się to znowu, pogada sobie z moją opiekunką. Chcąc nie chcąc przeciągnęłam się z szerokim ziewnięciem, zaszczycona jeszcze jednym ostrzegawczym pomrukiem nauczycielki.
Tak jak kiedyś uważałam, że nauka jest świetna, tak wtedy zaczynałam mieć jej dość. Za jakiś czas do mojego planu zajęć dojść miała jeszcze wilcza historia, o której słyszałam od starszych szczeniaków, że jest nudniejsza od łowienie małży. A przecież i tak miałam do roboty niesamowicie dużo! Chciałam być już dorosła - dorośli robią to na co mają ochotę, sami wybierają sobie stanowiska i mogą do woli eksplorować dżunglę. To niesprawiedliwe, że muszę tak długo czekać! Nie wystarczy być prawie dorosłym? Już nie jestem maluchem!
Zanurzyłam łapki w piasku w ramach cichego rozbudzenia - już nie był taki irytujący jak kiedyś, ale dalej na tyle by pobudzić moją głowę do pracy - i nadstawiłam uszu, by połapać się o czym w ogóle była mowa. Poczekałam w milczeniu aż reszta szczeniaków rozwiąże już zadany problem (a raczej wysłucha serii monologów Adory, co jakiś czas wtrącając jakąś sugestię).
- Na koniec prosta zagadka, bo widzę, że macie już dość - miałam wrażenie, że Adora na mnie spojrzała, bo sierść na karku aż mi się zjeżyła. - Podzielił się nią ze mną jeden z wilkołaków, który większą część życia spędził wśród ludzi i tam też ją zasłyszał. Myślę, że to może być dla was ciekawe urozmaicenie.
Poruszyłam się bez entuzjazmu. Ludzie mi nie imponowali. Gdy Leah albo jedno z rodziców Yngvi przybierało swoją dwunożną postać może i robili się więksi i mieli te całe "kućki" z długimi palcami do trzymania przedmiotów, ale jakby tępieli. Nagle łatwiej było ich zaskoczyć, bo nie słyszeli kroków za sobą ani nie wyczuwali zapachu jak się do nich podchodziło. Nawet z wiatrem! Nieskromnie dodam, że zmysły mam ostrzejsze niż u niejednego wilka, ale nawet w porównaniu z nimi ludzie są pod tym względem praktycznie okaleczeni. Sądząc po tym doszłam do wniosku, że muszą być strasznie głupi - no bo jak, nawet z chwytnymi rękami, przy tak słabych zmysłach poznawać świat?
- Załóżmy, że w watasze są dwie siostry - zaczęła pani Adora. - Jedna z nich jest bardzo chora i nigdy nie wychodzi ze swojej nory. Pewnego dnia... - zastanowiła się. - Morgan znajduje lekarstwo, a wadera zdrowieje.
Morgan mruknął zadowolony.
- Siostry wychodzą na spacer wzdłuż plaży i trafiają na odległy klif, na który postanawiają się wspiąć. Jednak gdy docierają na górę Yvar zrzuca je do wody.
- Ja bym nigdy nie zrzucił do wody dwóch waderek - oburzył się Yvar.
- W zabawie...
- W zabawie też nie! - głos basiorka przesiąkł strachem, tak jakby sama taka możliwość go przerażała.
- W zabawie, ale przez przypadek, Yvar. To nie twoja wina.
Na chwilę zaległa cisza. W duchu się uśmiechnęłam, bo Adora poślizgnęła się na własnym pomyśle.
- Dlaczego tylko jedna z sióstr przeżyła? - zakończyła nauczycielka, już nie tak zgrabnie jak wcześniej.
Wtedy coś przyszło mi do głowy.
- Proszę pani, ale pani oszukuje - powiedziałam hardo.
- W jakim sensie oszukuję, Silee? - odparła nauczycielka powoli przesiąkającym irytacją pomrukiem.
- Powiedziała pani, że usłyszała pani to od wilkołaków, a oni usłyszeli to od ludzi, ale tam nie było Morgana i Yvara.
- Nie przedstawiłam wam tej zagadki słowo w słowo tak jak ja ją usłyszałam - zaczęła tłumaczyć głosem nieco bardziej monotonnym niż zwykle. - Zmieniłam szczegóły, żebyście mogli łatwiej ją przyswoić i zrozumieć. Powinnaś sama do tego dojść, na drodze dedukcji. Tego właśnie się tu uczymy.
Poczułam się głupio, zwłaszcza nie mając pojęcia czym ta droga dedukcji w ogóle jest, ale postanowiłam pójść w zaparte. Wszyscy pewnie pomyśleli o tym samym, ale tylko ja miałam dość odwagi by powiedzieć to na głos! Wcale nikt na mnie nie patrzył...
- Ale powinna pani nam o tym powiedzieć, a nie skłamać, że usłyszała to pani od wilkołaków - odparowałam
Pani Adora westchnęła tak cicho, że chyba tylko ja usłyszałam.
- Silee, nie skłamałam. Ogólny zamysł zagadki w żaden sposób się nie zmienił...
- Zatajenie części prawdy to też kłamstwo!
- Dosyć. - ucięła krótko, na co fuknęłam niezadowolona.
- Mamo? - wtrąciła cicho Nikaella.
- Słucham - wadera straciła zainteresowanie mną.
- Czy możesz powtórzyć tę zagadkę? Bo ja chyba zapomniałam.
Pani Adora powtórzyła i do końca lekcji szukaliśmy dla niej rozwiązania. Miałam mnóstwo świetnych pomysłów, ale każdy odrzucała z jakiegoś błahego powodu. A jakie było rozwiązanie?
Chora siostra nie umiała pływać.
Nie cierpię logiki.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 1 czerwonych⎹ 30 pomarańczowych⎹ 28 zielonych⎹ 13 niebieskich⎹ 3 granatowych⎹ 25 fioletowych⎹ 1 różowych odłamków

środa, 24 czerwca 2020

Od Wilata "Spotkanie z dzikim" cz. 4 (C.D. Torance/Asgrim)


Lipiec 2026
- Ja... Potrzebuję waszej pomocy - wypaliłem, unikając wzroku moich nowo co poznanych towarzyszy.
- W czym? - zapytał As. As? Dziwne imię. No, chyba że to jakaś ksywka. Muszę się go później zapytać.
- Chodźcie. Wytłumaczę wam wszystko pod dżunglą. - Odwróciłem się i zacząłem truchtać w kierunku wspomnianej dżungli, nawet nie spoglądając na wilki. Nie chciałem, aby ktokolwiek nas podsłuchiwał. Chciałem rozwiązać to sam na sam z Asem i Tori. Choć czułem się skołowany, to wiedziałem, że oni mi pomogą. No, bardziej liczyłem na Tori, ale może przełamiemy lody z Asem? Kto wie? Poza jego nachalnym zachowaniem przytłaczał mnie jego wzrost. A może nie tyle sam jego wzrost, co porównanie jego wzrostu do mojego. Pierwszy raz w życiu zdałem sobie sprawę, jak jestem maleńki. To trochę niesprawiedliwe, że wilk jest rozmiaru niedużego psa. Po chwili oddaliliśmy się na tyle, że mogliśmy rozmawiać bez ryzyka podsłuchania ani ze strony wilków, ani Dzikiego.
- To o co tu chodzi, mały? - zapytał basior.
- Jutro... To znaczy dziś w nocy będę musiał... walczyć z dzikim kotem.
- Duży ten kot? Większy od wilka? To jakaś pantera, że potrzebujesz naszej pomocy? - dociekał As, zupełnie ignorując moje skrępowanie, które nadal wyczuwałem w jego obecności.
- Większy od kota, ale mniejszy ode mnie.
- Co? Łatwizna! Jedno pacnięcie łapą i sierściuch ucieknie w krzaki.
- Ale ja nie umiem walczyć! Całe życie... Całe życie stawiałem ucieczkę nad walkę. Wolałem uciekać. Nadal wolę. Poza tym, to nie jest pierwszy lepszy kotek. To dziki, doświadczony kot, który nie da sobie w kaszę dmuchać. Jest hipokrytą. - ostrzegłem - Musimy przygotować jakiś plan. Przygotować się na wszystko.
Przez reakcję Asa poczułem, że czas wziąć sprawę we własne łapy. Może i nie jestem jakiś silny i ogólnie inteligentny, ale o kotach coś wiem, no nie? Przynajmniej więcej od tego basiora... On się zna na wilkach (chyba), ja na kotach. Ech.
Przynajmniej czułem się choć odrobinkę lepiej, niż jak na początku, gdy to As tak po prostu podszedł i się zapytał: "No hej, jesteś nowy, w ogóle cię nie znam. Pomóc ci w czymś?". Ale teraz stawką jest życie moje i być może całej watahy. Bo skąd wiadomo, czy ten koci szaleniec nie zwoła bandy ocelotów? Na pewno nie jest w dżungli sam. Może ma rodzinę, znajomych?
- To co? Co robimy? Jakieś pomysły..?

<Torance/Asgrim?>

Uwagi: Brak daty. "Poza jego nachalnego zachowania" - chyba zmieniałaś to zdanie i poplątałaś odmianę; powinno być "poza jego nachalnym zachowaniem" lub "oprócz jego nachalnego zachowania".

Od Lind "Szczenię powinno mieć matkę" cz. 1

Sierpień 2025
Morgan wreszcie zasnął. Crane spojrzał w moją stronę; gdyby to była zwyczajna okazja, zapewne zostawiłabym już ich samych. Dziś jednak zamierzałam zostać nieco dłużej. Tylko po zmroku mogłam pomówić z Crane'm na osobności. Czułam, że nie będzie to łatwa rozmowa, ale nie żałowałam tego, co dzisiaj zrobiłam.
Zdecydowałam nie bawić się w żadne zapowiadanie tematu i od razu przeszłam do sedna:
– Crane, Morgan uznał, że jestem jego mamą.
Basior skierował uszy w moją stronę. Na jego pysku mignął zarys zmieszania. Chyba mi nie dowierzał.
– Co? Jak?
– Podszedł do mnie i spytał czy go kocham i czy jestem jego mamą – przedstawiłam pokrótce sytuację. – Chciałam, żebyś o tym wiedział.
– I co? Lind, co mu odpowiedziałaś? – Crane wlepił we mnie wzrok tych swoich dwukolorowych oczu.
Spojrzałam w niebo. Wypuściłam głośno powietrze.
– Co mogłam mu odpowiedzieć? – Skierowałam pyszczek z powrotem w stronę rozmówcy. – Co mogłam odpowiedzieć szczeniakowi, który całe życie patrzy jak jego rówieśnicy spędzają czas z dwojgiem rodziców?
Crane wyglądał na zagubionego; jeszcze bardziej zagubionego, niż zwykle. Otworzył pysk, zaczął błądzić wzrokiem po znikającym w mroku nocy otoczeniu. Po chwili spojrzał znów na mnie.
– Ale... Ugh, dlaczego to zrobiłaś? Nie jesteś jego matką i nigdy nie byłaś! – Ewidentnie powstrzymywał się przed prawdziwym krzykiem ze względu na śpiącego Morgana. – Okłamałaś go!
Wbiłam pazury w ziemię. Jak on śmie...
– Och, więc nagle obchodzi cię co jest kłamstwem, a co nie? – warknęłam.
– Ja... – Crane zawahał się. Spuścił głowę, uszy również – Ale Morgan jest synem...
– Edel – dokończyłam za niego, widząc, że nie dałby rady wypowiedzieć tego imienia.
Basior jeszcze bardziej posmutniał. Na chwilę zacisnął oczy.
– Wiem o tym – powiedziałam już łagodniejszym tonem. – Ale szczenię potrzebuje pełnej rodziny, nie widzisz tego?
Crane przysiadł na ziemi. Nie podnosił wzroku.
– Nie... nie można tego tak załatwiać, Lind... – mruknął. Brzmiał, jakby każde słowo wypowiadał z trudem. – Myślisz, że wiesz co dla niego jest dobre? – dodał po chwili.
Przygryzłam wargę.
– Chcesz, żeby Morgan skończył tak jak ty? – rzuciłam.
Basior nie odpowiedział. Znów spojrzał tępo w moim kierunku.
– Chcesz zrobić z niego małą kopię samego siebie? – Potrząsnęłam głową. – Wilka, który sam nie wie na czym świat stoi? Wilka, który będzie się bał wszystkiego, bo niczego nie rozumie?
Na pysku Crane'a znów wystąpiło zmieszanie, ale również coś na kształt złości.
– Ja... Przecież ja... Uch... mówisz, jakbyś...
– Nie chcę ci odbierać Morgana – uprzedziłam jego zarzuty. – To nadal twój syn. Ale nie chcę go zostawiać samego, skoro on potrzebuje czegoś więcej w swojej rodzinie.
Ponownie odpowiedziała mi cisza. Usiadłam obok Crane'a.
– Niech zgadnę... nigdy nie byłeś blisko ze swoimi rodzicami, prawda? Te historie o twojej szczęśliwej rodzinie...
– Nie miałem rodziców – wyznał wilk. – Uciekli, kiedy Asai zginęła.
– Aha... – Pokiwałam głową. Byłam pod wrażeniem, że wreszcie zebrał się by powiedzieć mi prawdę. – Wiesz... mnie również porzucono.
Crane spojrzał w moją stronę. Wyglądał na autentycznie zdziwionego.
– Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś?
– Bo to najbardziej przygnębiający element całego mojego życia... – Odgarnęłam sprzed oczu splątane włosy. – Nie lubię o tym myśleć, a co dopiero mówić.
Basior przymrużył oczy. Pogrążył się na chwilę w zamyśleniu.
– Ta wadera, która cię wychowała... twoja Babcia... nie była z tobą w ogóle spokrewniona, tak?
– Zgadza się.

<C.D.N.>

Uwagi: "Nie dowierzał" piszemy oddzielnie.

Zdobyto: 16 czerwonych⎹ 9 pomarańczowych⎹ 0 zielonych⎹ 26 niebieskich⎹ 7 granatowych⎹ 13 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków